Wietnamczycy w Polsce przeważnie kojarzą się z małą gastronomią i handlem. Są to głównie przedstawiciele pierwszego pokolenia emigrantów. Ich dzieci kształcące się już w Polsce, wybierają inne ścieżki kariery niż ich rodzice. Coraz częściej możemy się spotkać z wietnamskim informatykiem, architektem czy lekarzem.

Historia pracującej w Polsce lekarki, Wietnamki Thu Huong Dang, jest sentymentalną podróżą do korzeni. Dzięki zgodzie Pani Huong na opublikowanie tej historii na Ziarnku, wkorczycie w świat realiów wietnamskich pacjentów w Polsce.

Artykuł w oryginalnej wersji pt. „Największy potencjał drzemie w różnicach – rzecz o wietnamskich pacjentach w Polsce” został zamieszczony na łamach kwartalnika „Problemy Higieny i Epidemiologii” 2012, 93(1)
http://www.phie.pl/pdf/phe-2012/phe-2012-1-229.pdf

Z Wietnamu do Polski

Miałam 10 lat, kiedy przyjechałam na stałe do Polski. Byłam bardzo podekscytowana, że będę mieszkać w nowym kraju. Z małej miejscowości w północnym Wietnamie wyruszyliśmy z Tatą, Mamą i moim młodszym bratem w nieznane. No, może nie w takie nieznane, bo mój ojciec przyjechał do Polski w 1988 r. na studia doktoranckie w ramach umowy między państwami obozu socjalistycznego. Ojciec często pisał do nas listy, przesyłał pocztówki, czasami prezenty – dla mnie egzotyczne, tak jak rosyjska lalka – matrioszka, pachnące mydła, kolorowe gumki do włosów. Opowiadał dużo o Polsce i Polakach, o śniegu, o podróży samolotem. Prosiłam go o to, by nauczył mnie kilku zwrotów w tym języku. Budząc się rano często udawałam, że jeszcze śpię i mówię po polsku przez sen.

Przyjazd do Polski był moim dziecięcym marzeniem. Polska w moich wyobrażeniach była bogatym krajem, z mnóstwem zabawek i kolorowych ładnych ubrań; a język polski był najpiękniejszy. Życie w Wietnamie było ciężkie, chociaż naszej rodzinie, w porównaniu z innymi, wiodło się nienajgorzej. Moja matka była nauczycielką z pensją i kartkami na żywność, które zapewniały nam życie na minimalnym poziomie. Matka wiele razy mówiła nam, że gdyby nie pomoc dziadka (jej ojca), to byśmy umarli z głodu. Prawda była okrutna: praktycznie co tydzień jeździła do dziadka po ryż, jajka, często też po leki.

Mój dziadek znachor – obrazy z przeszłości

Mój dziadek był w Wietnamie znanym znachorem. Słyszeli o nim nie tylko ludzie z okolicznych wsi, ale także przyjezdni z drugiego końca kraju. Praktykował chińską sztukę leczenia opartą na ziołolecznictwie. Jako mała dziewczynka zapamiętałam, że oprócz antybiotyków i witamin, tych przysyłanych przez ojca z Polski, istnieją tzw. „północne” leki dziadka i „południowe” – tzw. wietnamskie przygotowywane przez innych znachorów. W komunistycznym kraju funkcjonowały nieliczne apteki, ale nie wszystkich było stać na drogie leki.

Dziadek przyjmował pacjentów bez przerwy. Jego dom zawsze kojarzyć mi się będzie z zapachem leków. Wciąż widzę jak na ganku i na podwórzu suszą się owoce, korzenie, skórki, ziarna, pestki – mnóstwo różnych kolorowych, pachnących ziół. W kuchni babcia gotowała w czajniku na jednym trójnogu leki, a na drugim suszyła je w wielkiej patelni. W oddzielnym pomieszczeniu dziadek przyjmował pacjentów, którzy po zdiagnozowaniu i przygotowaniu odpowiedniej dawki leków, zaleconych przez dziadka, z wdzięcznością przekazywali na jego ręce koszyk owoców, ryżu, jajek, czasem koguta, rzadko pieniądze.

Zioła na każdą chorobę, do wyboru, do koloru. Fot. by K.Cao

Lubiłam kręcić się obok dziadka podczas tych wizyt, bo często dostawałam od niego małą laskę cynamonu. Do dziś uwielbiam zapach cynamonu i ten jego cierpko słodki smak. Musiałam się jednak z tym kryć, bo mama twierdziła, że cynamon powoduje próchnicę zębów. Często podpatrywałam dziadka i to jak rozmawia z chorymi, jak przeprowadza wywiad, bada swoich pacjentów. Używał zwykle stetoskopu. To dziadek pierwszy raz pokazywał mi – kilkuletniej dziewczynce – jak działa stetoskop. To było niesamowite wrażenie, kiedy odkryłam, że serce tak głośno bije. Często bez wiedzy dziadka przykładałam membranę stetoskopu do swojej klatki piersiowej i wsłuchiwałam się w jego rytm. To wtedy nauczyłam się jak wyczuwać tętno na nadgarstku.

Dziadek miał białą brodę i zęby farbowane na czarno, ponieważ żuł betel. To tradycja, odwieczna wietnamska tradycja, ułatwiająca nawiązywanie kontaktów międzyludzkich, szczególnie podczas ważnych uroczystości, jak zaślubiny, święto Nowego Roku, pogrzeb. Betel żuje cała Azja, a jego skład zależy od regionu i państwa. Betel to mieszanka orzechów arekowych, tytoniu, wapna palonego – zawiniętych w liść pieprzu betelowego. Żucie betelu powoduje, że po jakimś czasie zęby nierównomiernie ciemnieją, dlatego przed pierwszą konsumpcją większość żujących farbuje je dla uzyskania jednolitego koloru. Malowanie, czy barwienie zębów to nic innego jak czynność czysto estetyczna i wymagająca wielkiej wprawy. Nie każdy może barwić zęby na czarno. Ciekawa jestem, czy dziadek wiedział, że żucie betelu zwiększa 8- do 10-krotnie zapadalność na raka jamy ustnej?

Żucie betelu farbuje zęby na czarno. Fot. by foxlily.com

Betel, mieszanka orzechów arekowych, tytoniu, wapna palonego zawiniętych w liść pieprzu betelowego. Fot. by123rf.com

Wietnamski lekarz w Polsce pilnie potrzebny

Swoją ścieżkę zawodową wybrałam zainspirowana powołaniem mojego dziadka. W Polsce skończyłam studia medyczne, zostałam lekarzem. Wybrałam medycynę rodzinną, dzięki temu mam kontakt z pacjentami w różnym wieku, z różnymi problemami zdrowotnymi. Moimi pacjentami są tak Polacy jak i Wietnamczycy.

Bariera językowa i różnice kulturowe sprawiają jednak, że trudniej jest diagnozować i leczyć choroby u imigrantów. Co prawda w rozmowach z lekarzami pośredniczą tłumacze, ale i oni często sami mają trudności z językiem polskim.

Dobrym przykładem obrazującym taką sytuację jest historia jednej z moich wietnamskich pacjentek. Przez parę lat chodziła w Polsce prywatnie do różnych specjalistów, diagnozowała się w kilku szpitalach i przechodziła wiele specjalistycznych badań. W końcu, mimo posiadanego w Polsce ubezpieczenia zdrowotnego, zdecydowała się na wyjazd do Wietnamu. Nasilające się objawy uniemożliwiały jej pracę. Lekarze w Wietnamie, po przeprowadzeniu z nią wywiadu, zdiagnozowali depresję Przyjęła leki antydepresyjne i „cudownie” wyzdrowiała.

Pracując i lecząc na styku dwóch kultur, jestem w stanie lepiej rozumieć swoich pacjentów: tych polskich i tych wietnamskich. Fot. by Thu Huong Dang

Wietnamski pacjent inaczej też rozmawia z lekarzem. Zarówno strach utrwalany wiele lat przez system totalitarny, jak i uwarunkowania kulturowe, powodują, że emigrant wietnamski nie mówi dużo o własnych przeżyciach i problemach, nie „wychyla się”. Takie zachowanie ma negatywny wpływ na relacje lekarz – pacjent. Podczas zbierania wywiadu  Wietnamczycy ograniczają się tylko do opisania najbardziej dokuczliwych problemów, przytakują, gdy lekarz daje zalecenia, zwykle nie zadaje dodatkowych pytań. Przeprowadzając wywiad zawsze dopytuję się: czy pan wszystko zrozumiał? Czy ma pan więcej pytań? Wtedy często uzyskuję dodatkowe informacje, które wpływają na moją decyzję leczniczą i pomagają mi bardziej precyzyjnie zdiagnozować problem.

Leczą się sami

Wietnamscy pacjenci leczą się ziołami. Znaczna grupa obywateli wietnamskich przebywających w Polsce nielegalnie nie ma możliwości ubezpieczenia się. Wizyta u lekarza jest odkładana, bo diagnostyka trwa wiele dni i nie stać ich na płacenie kosztów pobytu w szpitalu. Wtedy wracają do Wietnamu. Prawie wszyscy Wietnamczycy chcą umierać w kraju, otoczeni swoimi rodzinami.

Niebezpieczeństwo jakie niesie z sobą ta praktyka jest takie, iż często uważają ziołowe leki za nieszkodliwe, nie mające skutków ubocznych. Często pytani przeze mnie, czy przyjmują jakieś leki, odpowiadają, że nie – nawet jeśli zażywają zioła, gdyż dla nich nie są to leki w medycznym znaczeniu. Staram się w swojej praktyce im uświadomić, że przyjmowanie niesprawdzonych i niezbadanych medykamentów jest dość ryzykowne. Poza tym nie wiadomo, czy składniki tych leków nie są już przeterminowane, nie mówiąc o ich odpowiednim przechowywaniu (np. nierzadko pakowane są w gazetę).

Często pacjenci leczą się sami - domagają się przepisania leków, które pomogły ich znajomym. Niestety z różnym skutkiem. Dopiero w ostateczności, kiedy wszystkie polecone leki zostały zastosowane i nie przyniosły ulgi, Wietnamczycy zgłaszają się do lekarza. Nierzadko choroba okazuje się banalna i po konsultacji udaje się zastosować skuteczne leczenie. Bywają jednak przypadki, gdy chory zgłaszający się do lekarza znajduje się już w stanie terminalnym.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja, gdy chodzi o leczenie dzieci. Mimo wysokich kosztów związanych ze szczepieniami, badaniami diagnostycznymi i konsultacjami, wietnamscy rodzice nie oszczędzają na swoich dzieciach. Dzieci są dla nich najcenniejszym skarbem. Co ciekawe, często w obecności rodziców mówię do moich małych wietnamskich pacjentów po polsku, bo w tym języku lepiej się wysławiają.

Najważniejsze to pomagać

Ze strony polskich lekarzy zdarzają się też przejawy ogromnej wyrozumiałości i chęci niesienia pomocy. Raz, będąca w ciąży pacjentka przebywająca nielegalnie w Polsce, skarżyła na bóle brzucha. Poszła do najbliższego szpitala, w rejestracji poinformowano ją i lekarza, że jako osoba nieubezpieczona musi zapłacić za wizytę. Niestety nie miała pieniędzy i powiedziała o tym badającemu ją lekarzowi. Pan doktor, mimo to przeprowadził badanie. Następnie  doradził jej, by wyszła tylnym wyjściem, a on powie, że uciekła. Tak też zrobiła. Następnego dnia ku jej wielkiemu zdziwieniu, doktor zatelefonował zapytać jak się czuje i poinformować, że w razie potrzeby może jeszcze raz do niego przyjechać na badanie.

Niemniej, są też przypadki, gdzie lekarz z wietnamskimi korzeniami jest w stanie lepiej pomóc pacjentowi. Pracując jako lekarz na styku dwóch kultur, mogę bardziej im pomagać, bo lepiej ich rozumiem: zarówno tych polskich i tych wietnamskich. Moja praca lekarza rodzinnego daje mi wiele satysfakcji i jest dla mnie niezwykle inspirującym doświadczeniem. Choć może to zabrzmieć banalnie, noszę w sobie głębokie przekonanie, że największy potencjał człowieka drzemie w różnicach. Warto byśmy o tym pamiętali.