Kategoria: Ludzie

  • W zdrowym ciele zdrowy duch!

    W Polsce nie dziwi nas widok ludzi uprawiających jogging, czy maszerujących z kijkami do nordic walking. Ale czy widzieliście kiedyś np. na pl.Konstytucji, aby grupa emerytek wesoło pląsałą w układzie  tai chi o wschodzie słońca?

    W grupie raźniej

    Bladym świtem, gdy temperatura jeszcze znośna, lub bardzo późnym wieczorem, na ulicach, placach, w parkach większych miast Wietnamu widać grupy ćwiczących. „Tập dưỡng sinh”, czyli ćwiczenia pozwalające zachować dobrą kondycję, są wykonywane przez grupy męskie, damskie oraz mieszane, praktycznie w każdym wieku (chociaż młodzieży widziałam najmniej!). Może przybierać formę pląsów fitness, bardziej skupionych na przepływie energii układów tai chi lub wybuchowej mieszanki obydwu. Urzeka zaangażowanie uczestników wykonujących skomplikowane układy, niejednokrotnie z akcesoriami (wachlarze bojowe czy drewniane miecze), wykonywane płynnie w rytm muzyki płynącej z głośników radia.

     

    Ćwiczyć można wszędzie

    Wietnamczycy są bardzo bezpośredni nie tylko w kontaktach międzyludzkich. W swoim kręgu czują się ogólnie bardzo „swobodnie” w codziennych sytuacjach: ubierają się jak chcą i lubią, wyrażają emocje w bardzo dynamiczny sposób, niektóre rzeczy komunikują „bez ogródek” (ile razy można usłyszeć z ust wietnamskiego znajomego „O, jaki gruby się zrobiłeś!” i nie ma w tym ani słowa złośliwości). Tak samo jest również jeśli chodzi o ćwiczenia na świeżym powietrzu. Nikogo nie zdziwi widok osoby medytującej w pozycji lotosu na ławce przy głównej ulicy, pośród tłumów przechodniów, turystów i handlarzy, a grupy pań  o nieidealnych kształtach nie chowają się po kątach tylko radośnie wymachują nogami na placach przy głównych ulicach miast. Ćwiczący zdają się nie przejmować tym co ktoś o nich pomyśli, jak wyglądają. Nie przywiązują uwagi do „profesjonalnych strojów znanych marek”. Trzeba przyznać, że taka swobodna postawa dodaje motywacji w realizowaniu pasji do ćwiczeń!

     

     

     Wiek nie gra roli

    Najbardziej spektakularnym dla mnie widokiem są ćwiczące starsze osoby. Odniosłam wrażenie, że starość w Wietnamie nie jest napiętnowana jak jest niekiedy w Polsce: niedołężnością, brakiem energii i odizolowaniem. Miałam osobiście okazję uczestniczyć w spotkaniu kobiet ćwiczących regularnie układy z wachlarzami, piłkami i mieczami. Na spotkanie zabrała mnie moja ciocia Oanh.  Ponieważ trzeba wstać skoro świt, ok.4.30, niestety udało mi się  tylko dwa razy w ciągu całego pobytu towarzyszyć cioci na ćwiczeniach. Ale już te dwa spotkania pozostawiły niezapomniane wrażenia! Potrzeba naprawdę niezwykłej determinacji, by wstać gdy śpi jeszcze cały dom, cała ulice, całe miasto, spakować worek treningowy z mieczami, wachlarzami i piłkami i marszem udać się ćwiczenia. Tym bardziej, że potem czeka cały ciężki dzień w nieznośnym upale i duchocie i codzienne obowiązki domowe. Poniżej zdjęcia z tego gimnastycznego poranka!

    Średnia wieku tych pań to 60 lat, wszystkie ćwiczą według własnych możliwości zdrowotnych i umiejętności. Ćwiczeniom przewodniczy najbardziej doświadczona, która poprawia mniej wtajemniczone, nadaje tempo i pilnuje precyzji wykonywania figur. A te, w połączeniu z gadżetami – są niekiedy naprawdę bardzo skomplikowane! Sama próbowałam wykonać kilka obrotów z jednoczesnym otwarciem lub zamknięciem wachlarza lub podrzutem i złapaniem piłeczki – z marnym skutkiem! Panie emerytki miały ze mnie niezły ubaw, ja sama nabrałam jeszcze większego podziwu dla ich sprawności i koordynacji. Wyrazu uznania dla Cioci Oanh i jej koleżanek – też bym tak chciała – w ogóle, nie tylko w ich wieku!

     

  • Studentem być!

    Do Ha Noi co roku przybywają setki studentów z całego świata, by uczyć się języka wietnamskiego. Spory odsetek stanowią Polacy, studenci takich kierunków jak filologia wietnamska w Poznaniu lub kierunków na Wydziale Orientalistycznym Uniwersytetu Warszawskiego.

    Ja też na na własnej skórze przekonałam się jak studiuje się w Wietnamie. Czego słowa nie powiedzą, dopowiedzą zdjęcia 🙂

    Gdzie się uczyć?

    Do wyboru są dwie opcje. Jedna z nich to Uniwersytet Narodowy ( Đại Học Quốc Gia). Tutaj najczęsciej studiują studenci z wymian. Najliczniejszą reprezentacją jest grupa studentów krajów słowiańskich (Rosja, Polska, Ukraina, Czechy) a z Azji – studenci chińscy.

    Jako osoba indywidualna, zdecydowałam się na roczny, niezależny kurs na Uniwersytecie Ha Noi  (Đại Học Hà Nội, dawniej Uniwersytet Języków Obcych). Ponieważ studiowałam w grupie z Chińczykami, pierwsze lekcje wietnamskiego prowadzone były… po chińsku! Dopiero co zaczynałam naukę, więc lekcja prowadzona w dwóch obcych, azjatyckich językach była prawdziwym szokiem. Szybko jednak okazało się też, iż jest to doskonała motywacja – postępy w nauce były jedyną szansą, by zrozumieć chociaż połowę z tego co się mówi na zajęciach.

    Czego się spodziewać?

    Jeśli wydaje Wam się, że na polskich uczelniach panuje bałagan, to znaczy że nie byliście w sekretariacie w Wietnamie. Podejście Wietnamczyków do życia „na luzie i z dystansem” przekłada się na każdą dziedzinę życia, również na edukację. Zajęcia mogą zostać odwołane w ostatniej chwili bez podania przyczyny, niektórzy prowadzący mogą wydać się niekompetentni, a warunki w jakich przyjdzie mieszkać i uczyć się, niestety odbiegają od standardów do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Dla każdego zagranicznego studenta jest to zatem wielki sprawdzian samodyscypliny.

    Pogoda też płata figle. Nieraz zdarzyło mi się iść na zajęcia po kolana w wodzie, bo akurat spadł ulewny deszcz. Zalane były partery akademików, uczelni, na zajęciach wszyscy suszyli klapki, odwijali nogawki spodni. Nieodzownym elementem wyposażenia pokoju stał się wentylator. Chłodziłam nim nie tylko siebie, ale też swój komputer, który co prawda dzielnie zniósł tamtejszy klimat, ale nagrzewał się niemiłosiernie. Wentylator zabierałam też czasem na zajęcia, bo odstraszał komary i nie gryzły w nogi. W ciepłe dni był stałym elementem wyposażenia pod moskitierą na górze piętrowego łóżka.

    Trzeba też się oswoić z egzotyczną fauną, chociażby bliskością jaszczurek -gekonów. Mnie po jakimś czasie wydały się nawet bardzo sympatyczne. Ba, jedna mała jaszczureczka pomieszkiwała sobie za moimi słownikami i wydając od czasu charakterystyczne dźwięki umilała mi naukę. Na pielgrzymki mrówek znalazłam sposób i pod materacem miałam rozsypaną kawę. Nauczyłam się też dokładnie dokręcać słoiki z żywnością. Nawet te w lodówce, bo jak się okazało wietnamskie mrówki dobrze czują się i funkcjonują również i tam!

    Akademik czy stancja?

    Jeśli akademik, to prawdopodobnie i tak pokój o podwyższonym standardzie. To znaczy, że mieszkają w nim maksymalnie 4 osoby (a nie 8 czy nawet 10!), każdy ma swoje biurko, jest lodówka, klimatyzacja, łazienka. Najczęściej kuchnie są wspólne na piętro, ale zagraniczni studenci rzadko z nich korzystają. Uczelnianie stołówki pracują prężnie i oferują w miarę urozmaicone menu w rozsądnej cenie.

    Wynajęcie mieszkania czy też pokoju to opcja na którą decyduję się studenci starszych kierunków, którzy poznali miasto i chcieliby mieć więcej swobody. Akademiki w Wietnamie mają dosyć ostry rygor jeśli chodzi o godziny odwiedzin i powrotów. Między innymi z tego powodu nie mogłam wziąć udziału w Pasterce w czasie Bożego Narodzenia, gdyż nie miałam gwarancji, że dostanę się do akademika. Dozorca zamykał bramę o 22, koniec kropka.

    Wynajmowanie wiąże się jednak z większymi kosztami. Jest się również odseparowanym od realiów życia studenckiego. A przecież w żywych interakcjach z innymi najlepiej ćwiczymy język i poznajemy kulturę.

     

    Pracujący student

    Jeśli ktoś szybko odnajduje się w realiach wietnamskich, może poszukać dodatkowego źródła dochodu. Najczęściej można dorobić udzielając korepetycji z angielskiego. Jest wiele szkół językowych, które chętnie podejmują współpracę z zagranicznymi studentami, można też ogłaszać się wśród potencjalnych klientów indywidualnych. Za godzinę konwersacji w „szkole językowej” możemy dostać średnio 300 000 dongów, a nawet więcej u zamożnego Klienta indywidualnego. Niestety taka działalność wiąże się z koniecznością poruszania się po mieście, także trzeba wziąć poprawkę na ewentualny koszt wynajmu skutera lub, xe om oraz nas czas na dojazd.

    Nie samą nauką…

    …student żyje! Jeśli studiuje się w Wietnamie to na pewno nie ominą nas takie atrakcje jak wypady na śpiewanie karaoke, kolacje (zwłaszcza tzw. gorący kociołek, czyli lẩu) zakupy na bazarkach. Jako, że taka okazja może się szybko nie trafić warto pozwiedzać kraj wszerz i wzdłuż – na ile czas i fundusze pozwolą. 


    Czy warto?

    Chociaż perspektywa studiowania w Wietnamie brzmi niezwykle egzotycznie i zachęcająco, zanim podejmie się decyzję  o wyjeździe,  pojawia się wiele wątpliwości. Taka podróż wiąże się przecież z długą rozłąką z najbliższymi, być może szokiem kulturowym i kulinarnym, koniecznością poradzenia się z kapryśnym klimatem. Ja mogę śmiało powiedzieć, że studia w Wietnamie to była przygoda życia! Zwiedziłam kawałek świata, poznałam prawdziwy Wietnam i ciekawych ludzi. Ten kraj szczodrze obdarowuje bogactwem swojej kultury – kto chwilę w nim pomieszka, na pewno odnajdzie w nim kawałek domu.

  • Z Torunia do Ha Noi za jeden uśmiech

    Wietnam przyciąga jak magnes. Historia Krzyśka Sz. z Torunia jest tego dowodem. W najśmielszych marzeniach nie planował tak egzotycznej podróży. Ale los sprawił mu miłą niespodziankę :)….

    Nie trafiłeś do Wietnamu jak większość turystów, to była prawdziwie „wygrana na loterii”!

    Tak. Wycieczkę do Wietnamu wygrałem w konkursie organizowanym przez firmę, w której pracuję. Całą sytuacją byłem strasznie podekscytowany, ponieważ nigdy tak naprawdę nie byłem za granicą. Nie mogłem uwierzyć, że spotkało mnie takie szczęście i żeby nie zapeszyć nie chwaliłem się tą wygraną. Powiedziałem o tym jedynie najbliższej rodzinie i przyjaciołom. Pomyślałem „Uwierzę, jak wsiądę do samolotu”.

    I jak przywitało Cię Ha Noi?

    Gorącem i wilgotnością! Od razu dało się poczuć tropikalny klimat po wyjściu z klimatyzowanego samolotu. Ciężko się oddychało, optyka w aparacie skapitulowała. Dopiero po paru minutach organizm się przyzwyczaił, a lustra w aparacie odparowały i można było pstrykać zdjęcia.

    Co Cię najbardziej zaskoczyło?

    Cały czas jestem pod wrażeniem tego, jak zorganizowany jest ruch drogowy w Wietnamie. W trakcie pobytu było parę sytuacji, które wzbudzały we mnie skrajne emocje: od śmiechu po przerażenie.

    Na rondo wszyscy wjeżdżają bez jakichkolwiek zasad pierwszeństwa. Skutery, rowery, autobusy, auta – wszyscy mijają się centymetry od siebie. Do tego na okrągło trąbią i dźwięk klaksonów dudni w uszach. Kierowcy używają klaksonów do wszystkiego: by zasygnalizować skręcanie, wyprzedzając, dając znać pieszym że jadą za nimi. Zauważyłem, że jedyna zasada jaką się kierują na drodze to „Większy pojazd, z głośniejszym klaksonem ma pierwszeństwo i trzeba mu się usuwać z drogi”.

    Również komunikacja miejska rządzi się swoimi prawami. Raz  byłem świadkiem sceny, jak autobus miejski po kilku minutach czekania, by wjechać na skrzyżowanie – zwyczajnie wjechał na chodnik i je objechał!

    Do tego Wietnamczycy na skuterze potrafią przewieźć dosłownie wszystko – począwszy od kilku świnek, po wielką szafę rozebraną na części. Widziałem też 5-ciu Wietnamczyków jadących na jednym skuterze. Jakby tego było mało, kierowca jechał i  pisał jeszcze SMSa na komórce.

    Czy Wietnam kojarzy Ci się z hałaśliwym miastem czy egzotyczną przyrodą?

    W mieście faktycznie jest tłoczno i głośno, ale wycieczka po Ha Long pokazała mi, że można tam też znaleźć miejsca dla ukojenia zmysłów. Widoki zapierały dech w piersiach, pogodę mieliśmy piękną, pływalismy luksusową łodzią o wysokim standardzie, personel na łodzi był dla nas bardzo miły. Zwiedzaliśmy pływające wioski. To było bardzo ciekawe doświadczenie.  Widziałem jak ludzie tam żyją, jak łowią ryby, można było zamienić parę słów, podobało się to, że wszyscy byli bardzo zaangażowani w swoje obowiązki – dorośli, dzieci, całe rodziny. Mimo, że słyszy się, że nie mają łatwo, nie zarabiają dużo – widać po nich, że dają radę i cieszą się z życia, u każdego na twarzy rysował się uśmiech. Pływaliśmy też kajakami po zatoce wśród wapiennych skał. Niektóre z nich były tak wyżłobione przez wodę, że można było przepłynąć pod nimi. Widoki niesamowite!

    W programie wycieczki była też niespodzianka. Wieczorem zakotwiczyliśmy przy jakiejś plaży. Było już ciemno, więc kto chciał, zrzucał ciuchy i dawaj do wody! Noc była ciemna, woda bardzo ciepła, leżałem sobie na plecach kołysany wodą i patrzyłem w rozgwieżdżone niebo. Cudownie się wtedy czułem!

    .

    Jednym słowem rozkosz dla zmysłów! A co z podniebieniem, też było tak niebiańsko ?

    Jeśli ktoś lubi łososia, polecam spróbować w Wietnamie. To była prawdziwa rozkosz dla podniebienia. Świeży, miękki, rozpływał się w ustach, miał piękny i naturalny pomarańczowy kolor – po prostu przepyszny! Poza tym owoce: owoc smoka, arbuz, longany. Pierwszy raz też w Wietnamie spróbowałem „passion fruit”. Ma niesamowicie słodki i orzeźwiający smak. A na deser obowiązkowo „zielone ciasteczka ryżowe”.

    Skusiłem się też na parę potraw, gdzie do końca nie wiem co zjadłem. Miałem raz ochotę na porządny kawałek mięsa. Zjadłem przepyszną kiełbaskę, wyglądała jak nasze polskie parówki drobiowe. Ale nie wiem z czego była zrobiona, to już pozostanie tajemnica kucharza.

    Było też kilka potraw, na które się prawie skusiłem, ale w końcu nie odważyłem się skosztować. Na przykład miseczka zupy, która miała kawałki kosteczek w środku i wyglądała oraz pachniała jak nasza galaretka, tylko podawana na gorąco.

    Czy Wietnam jest dla turysty drogim krajem?

    Jak widać na zachowanym przez mnie paragonie, podatek VAT to jedyne 10%! Jak to zobaczyłem, pomyślałem sobie: W Polsce zarabiać, w Wietnamie żyć! Ale trzeba pamiętać, że ceny za towary i usługi dla turystów są wyższe.

    To oznacza, że trzeba się targować. Jak sobie z tym poradziłeś?

    Okazji do targowania się było sporo, niektóre były zabawne, innej mniej przyjemnie.

    Bardzo miło wspominam  kiedy w Ha Noi „dopadła nas” nas handlarka z koszulkami. Dobrze mówiła po angielsku, uśmiechała się i przyznam, że uległem i kupiłem. Nie utargowałem zbyt wiele, bo to były moje pierwsze zakupy w Wietnamie.

    Innym razem, w  Ha Long podeszła do mnie handlarka biżuterii z pereł.  Pociągnęła mnie za rękę, wcisnęła naszyjniki i zaczęło się targowanie, w języku angielskim. Utargowałem ile chciałem, ale koniec końców handlarka wydała mi o 10 USD za mało. Biegałem za nią i krzyczałem, żeby oddała ale okazało się, że przestała rozumieć angielski, powtarzała „I don’t understand”. Pomyślałem sobie „Ja ci dam nie rozumiem”! W końcu odpuściła,  widziała, że się nie poddaję. Pieniędzy jednak nie odzyskałem, wcisnęła mi za to w dłoń jeszcze 3 naszyjniki z pereł.

    Ciekawe wspomnienie związane z targowaniem się to handlarka koralików, którą spotkałem na wycieczce do pagody. Dosłownie włożyła mi na nadgarstek bransoletkę mówiąc „Remember me, souvenir, no money, for your save back from the jungle”. Kiedy już wracaliśmy, podeszła do mnie znów.  Chciałem jej zwrócić  bransoletkę, ale ona wciąż powtarzała „souvenir, no money”. Jednocześnie namawiała mnie na zakup innych koralików i naszyjników. Twardo obstawałem przy swoim, potem jednak żałowałem, że nic nie kupiłem. To była groszowa sprawa, a przyszła mi do głowy taka myśl, że może jakaś klątwa teraz na mnie rzucona jest przez tą bransoletkę?

    Czy jest jeszcze jakieś miejsce, które uważasz za warte polecenia?

    Wycieczka do groty Huong Tich była bardzo ciekawa, tajemnicza. Żeby tam dotrzeć, wzięliśmy z Ha Noi autobus do wioski My Duc, tam łodziami około godziny płynie się rzeką  Yen Vi. Kolejny etap, kto chciał – mógł pokonać kolejką. Ja wybrałem spacer. Trasa była trudna, cały czas schodki. Im bliżej groty to miałem wrażenie, że te schodki były coraz wyższe. Również wilgotność i temperatura powietrza dawały się szczególnie we znaki. Byłem cały mokry a pot dosłownie spływał ze mnie – do oczu, nosa, ust.  Uroki tropików, nie było na mnie ani jednej suchej części ubrania. Na własnej skórze przekonałem się, że w tym klimacie trzeba mieć zawsze nakrycie głowy. Kiedy już dotarliśmy do groty, moja głowa była dosłownie cała czerwona od słońca, chociaż cały czas było pochmurno. W samej grocie było bardzo tajemniczo. Słychać było jedynie odgłos kapiących ze skał kropel wody, przy bogato przystrojonych ołtarzach modliły się grupki ludzi.

    W trakcie wycieczki miał miejsce ciekawy incydent. Zauważyliśmy żółwia w misce. Był przywiązany sznurkiem do cegły i choć usilnie próbował, nie mógł sie wydostać. Tak nas wzruszył ten widok, że chcieliśmy go wykupić i uwolnić. Niestety handlarka podała cenę 40 dolarów i musieliśmy odpuścić.

     A co przywozi polski turysta na pamiątkę z wycieczki po Wietnamie?

    Najbardziej się cieszę z pięknej porcelany, ręcznie malowanej. Kupiłem ją już na lotnisku, więc przepłaciłem, ale nawet ten fakt nie odbiera mi radości z faktu jej posiadania. Przez całe 11 godzin w samolocie, trzymałem ją na kolanach, zawiniętą dodatkowo w moją bluzę z kapturem, żeby doleciała w jednym kawałku!

    Przywiozłem wiele typowo „wietnamskich” produktów:  „ryżówkę” Ruou Lua, kawy Trung Nguyen Creative, herbatę jaśminową, pałeczki. Chociaż raz w supermarkecie chciałem znaleźć „Traditional Vietnam tea” i wskazano mi na półce Liptona.

    Mam też nauczkę, żeby kupować od razu, bo potem może być okazji. I tak filtr do parzenia wietnamskiej kawy udało mi się kupić już w Polsce, na Allegro. Niestety wietnamskiego hełmu, czapki z gwiazdą czy jedwabnej koszulki nie mogę dostać nawet na ebay`u.

    Ponoć wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Chciałbyś wrócić do Wietnamu?

    Pobyt w Wietnamie wspominam wspaniale. Ujęła mnie kultura ludzi. Jako turyści, byliśmy bardzo szanowani, spotykaliśmy się na każdym kroku z życzliwością, serdecznością, uśmiechem. Śmiem twierdzić, że my Europejczycy, moglibyśmy się wiele uczyć od Azjatów.  Zauważyłem, że Wietnamczycy są bardzo pracowici, bez względu na rodzaj pracy jaką wykonują oraz zarobki jakie z niej czerpią. Większość ludzi, których mijałem na ulicy było uśmiechniętych i każdy był zajęty – każdy zapracowany, taki malutki chaos.

    Wietnamskie kobiety, nie dość że niektóre są zjawiskowo piękne to do tego są jeszcze wrażliwe, lojalne, cierpliwe, wyrozumiałe i bardzo zaradne. Dodatkowo niektóre są tak zjawisko piękne, że dla takiej Wietnamki można stracić głowę i chcieć już zostać tam na zawsze! Mając na uwadze historię tego kraju i jego bolesną historię, jestem naprawdę pełen szacunku dla jego mieszkańców. Nasza polska rzeczywistość wydaje mi się teraz bardziej szara. Chłód to nie tylko element naszego klimatu, ale też ludzie w Polsce częściej mają smutne twarze. Biorąc zatem pod uwagę życzliwość ludzi, urodę wietnamskich kobiet, różnorodność smaków, życzliwość ludzi i oczywiście niski VAT – zdecydowanie chciałbym wrócić do Wietnamu, by przeżyć kolejną przygodę!

  • Wietnamski pacjent

    Wietnamski pacjent

    Wietnamczycy w Polsce przeważnie kojarzą się z małą gastronomią i handlem. Są to głównie przedstawiciele pierwszego pokolenia emigrantów. Ich dzieci kształcące się już w Polsce, wybierają inne ścieżki kariery niż ich rodzice. Coraz częściej możemy się spotkać z wietnamskim informatykiem, architektem czy lekarzem.

    Historia pracującej w Polsce lekarki, Wietnamki Thu Huong Dang, jest sentymentalną podróżą do korzeni. Dzięki zgodzie Pani Huong na opublikowanie tej historii na Ziarnku, wkorczycie w świat realiów wietnamskich pacjentów w Polsce.

    Artykuł w oryginalnej wersji pt. „Największy potencjał drzemie w różnicach – rzecz o wietnamskich pacjentach w Polsce” został zamieszczony na łamach kwartalnika „Problemy Higieny i Epidemiologii” 2012, 93(1)
    http://www.phie.pl/pdf/phe-2012/phe-2012-1-229.pdf

    Z Wietnamu do Polski

    Miałam 10 lat, kiedy przyjechałam na stałe do Polski. Byłam bardzo podekscytowana, że będę mieszkać w nowym kraju. Z małej miejscowości w północnym Wietnamie wyruszyliśmy z Tatą, Mamą i moim młodszym bratem w nieznane. No, może nie w takie nieznane, bo mój ojciec przyjechał do Polski w 1988 r. na studia doktoranckie w ramach umowy między państwami obozu socjalistycznego. Ojciec często pisał do nas listy, przesyłał pocztówki, czasami prezenty – dla mnie egzotyczne, tak jak rosyjska lalka – matrioszka, pachnące mydła, kolorowe gumki do włosów. Opowiadał dużo o Polsce i Polakach, o śniegu, o podróży samolotem. Prosiłam go o to, by nauczył mnie kilku zwrotów w tym języku. Budząc się rano często udawałam, że jeszcze śpię i mówię po polsku przez sen.

    Przyjazd do Polski był moim dziecięcym marzeniem. Polska w moich wyobrażeniach była bogatym krajem, z mnóstwem zabawek i kolorowych ładnych ubrań; a język polski był najpiękniejszy. Życie w Wietnamie było ciężkie, chociaż naszej rodzinie, w porównaniu z innymi, wiodło się nienajgorzej. Moja matka była nauczycielką z pensją i kartkami na żywność, które zapewniały nam życie na minimalnym poziomie. Matka wiele razy mówiła nam, że gdyby nie pomoc dziadka (jej ojca), to byśmy umarli z głodu. Prawda była okrutna: praktycznie co tydzień jeździła do dziadka po ryż, jajka, często też po leki.

    Mój dziadek znachor – obrazy z przeszłości

    Mój dziadek był w Wietnamie znanym znachorem. Słyszeli o nim nie tylko ludzie z okolicznych wsi, ale także przyjezdni z drugiego końca kraju. Praktykował chińską sztukę leczenia opartą na ziołolecznictwie. Jako mała dziewczynka zapamiętałam, że oprócz antybiotyków i witamin, tych przysyłanych przez ojca z Polski, istnieją tzw. „północne” leki dziadka i „południowe” – tzw. wietnamskie przygotowywane przez innych znachorów. W komunistycznym kraju funkcjonowały nieliczne apteki, ale nie wszystkich było stać na drogie leki.

    Dziadek przyjmował pacjentów bez przerwy. Jego dom zawsze kojarzyć mi się będzie z zapachem leków. Wciąż widzę jak na ganku i na podwórzu suszą się owoce, korzenie, skórki, ziarna, pestki – mnóstwo różnych kolorowych, pachnących ziół. W kuchni babcia gotowała w czajniku na jednym trójnogu leki, a na drugim suszyła je w wielkiej patelni. W oddzielnym pomieszczeniu dziadek przyjmował pacjentów, którzy po zdiagnozowaniu i przygotowaniu odpowiedniej dawki leków, zaleconych przez dziadka, z wdzięcznością przekazywali na jego ręce koszyk owoców, ryżu, jajek, czasem koguta, rzadko pieniądze.

    Lubiłam kręcić się obok dziadka podczas tych wizyt, bo często dostawałam od niego małą laskę cynamonu. Do dziś uwielbiam zapach cynamonu i ten jego cierpko słodki smak. Musiałam się jednak z tym kryć, bo mama twierdziła, że cynamon powoduje próchnicę zębów. Często podpatrywałam dziadka i to jak rozmawia z chorymi, jak przeprowadza wywiad, bada swoich pacjentów. Używał zwykle stetoskopu. To dziadek pierwszy raz pokazywał mi – kilkuletniej dziewczynce – jak działa stetoskop. To było niesamowite wrażenie, kiedy odkryłam, że serce tak głośno bije. Często bez wiedzy dziadka przykładałam membranę stetoskopu do swojej klatki piersiowej i wsłuchiwałam się w jego rytm. To wtedy nauczyłam się jak wyczuwać tętno na nadgarstku.

    Dziadek miał białą brodę i zęby farbowane na czarno, ponieważ żuł betel. To tradycja, odwieczna wietnamska tradycja, ułatwiająca nawiązywanie kontaktów międzyludzkich, szczególnie podczas ważnych uroczystości, jak zaślubiny, święto Nowego Roku, pogrzeb. Betel żuje cała Azja, a jego skład zależy od regionu i państwa. Betel to mieszanka orzechów arekowych, tytoniu, wapna palonego – zawiniętych w liść pieprzu betelowego. Żucie betelu powoduje, że po jakimś czasie zęby nierównomiernie ciemnieją, dlatego przed pierwszą konsumpcją większość żujących farbuje je dla uzyskania jednolitego koloru. Malowanie, czy barwienie zębów to nic innego jak czynność czysto estetyczna i wymagająca wielkiej wprawy. Nie każdy może barwić zęby na czarno. Ciekawa jestem, czy dziadek wiedział, że żucie betelu zwiększa 8- do 10-krotnie zapadalność na raka jamy ustnej?

    Wietnamski lekarz w Polsce pilnie potrzebny

    Swoją ścieżkę zawodową wybrałam zainspirowana powołaniem mojego dziadka. W Polsce skończyłam studia medyczne, zostałam lekarzem. Wybrałam medycynę rodzinną, dzięki temu mam kontakt z pacjentami w różnym wieku, z różnymi problemami zdrowotnymi. Moimi pacjentami są tak Polacy jak i Wietnamczycy.

    Bariera językowa i różnice kulturowe sprawiają jednak, że trudniej jest diagnozować i leczyć choroby u imigrantów. Co prawda w rozmowach z lekarzami pośredniczą tłumacze, ale i oni często sami mają trudności z językiem polskim.

    Dobrym przykładem obrazującym taką sytuację jest historia jednej z moich wietnamskich pacjentek. Przez parę lat chodziła w Polsce prywatnie do różnych specjalistów, diagnozowała się w kilku szpitalach i przechodziła wiele specjalistycznych badań. W końcu, mimo posiadanego w Polsce ubezpieczenia zdrowotnego, zdecydowała się na wyjazd do Wietnamu. Nasilające się objawy uniemożliwiały jej pracę. Lekarze w Wietnamie, po przeprowadzeniu z nią wywiadu, zdiagnozowali depresję Przyjęła leki antydepresyjne i „cudownie” wyzdrowiała.

    Wietnamski pacjent inaczej też rozmawia z lekarzem. Zarówno strach utrwalany wiele lat przez system totalitarny, jak i uwarunkowania kulturowe, powodują, że emigrant wietnamski nie mówi dużo o własnych przeżyciach i problemach, nie „wychyla się”. Takie zachowanie ma negatywny wpływ na relacje lekarz – pacjent. Podczas zbierania wywiadu  Wietnamczycy ograniczają się tylko do opisania najbardziej dokuczliwych problemów, przytakują, gdy lekarz daje zalecenia, zwykle nie zadaje dodatkowych pytań. Przeprowadzając wywiad zawsze dopytuję się: czy pan wszystko zrozumiał? Czy ma pan więcej pytań? Wtedy często uzyskuję dodatkowe informacje, które wpływają na moją decyzję leczniczą i pomagają mi bardziej precyzyjnie zdiagnozować problem.

    Leczą się sami

    Wietnamscy pacjenci leczą się ziołami. Znaczna grupa obywateli wietnamskich przebywających w Polsce nielegalnie nie ma możliwości ubezpieczenia się. Wizyta u lekarza jest odkładana, bo diagnostyka trwa wiele dni i nie stać ich na płacenie kosztów pobytu w szpitalu. Wtedy wracają do Wietnamu. Prawie wszyscy Wietnamczycy chcą umierać w kraju, otoczeni swoimi rodzinami.

    Niebezpieczeństwo jakie niesie z sobą ta praktyka jest takie, iż często uważają ziołowe leki za nieszkodliwe, nie mające skutków ubocznych. Często pytani przeze mnie, czy przyjmują jakieś leki, odpowiadają, że nie – nawet jeśli zażywają zioła, gdyż dla nich nie są to leki w medycznym znaczeniu. Staram się w swojej praktyce im uświadomić, że przyjmowanie niesprawdzonych i niezbadanych medykamentów jest dość ryzykowne. Poza tym nie wiadomo, czy składniki tych leków nie są już przeterminowane, nie mówiąc o ich odpowiednim przechowywaniu (np. nierzadko pakowane są w gazetę).

    Często pacjenci leczą się sami – domagają się przepisania leków, które pomogły ich znajomym. Niestety z różnym skutkiem. Dopiero w ostateczności, kiedy wszystkie polecone leki zostały zastosowane i nie przyniosły ulgi, Wietnamczycy zgłaszają się do lekarza. Nierzadko choroba okazuje się banalna i po konsultacji udaje się zastosować skuteczne leczenie. Bywają jednak przypadki, gdy chory zgłaszający się do lekarza znajduje się już w stanie terminalnym.

    Zupełnie inaczej wygląda sytuacja, gdy chodzi o leczenie dzieci. Mimo wysokich kosztów związanych ze szczepieniami, badaniami diagnostycznymi i konsultacjami, wietnamscy rodzice nie oszczędzają na swoich dzieciach. Dzieci są dla nich najcenniejszym skarbem. Co ciekawe, często w obecności rodziców mówię do moich małych wietnamskich pacjentów po polsku, bo w tym języku lepiej się wysławiają.

    Najważniejsze to pomagać

    Ze strony polskich lekarzy zdarzają się też przejawy ogromnej wyrozumiałości i chęci niesienia pomocy. Raz, będąca w ciąży pacjentka przebywająca nielegalnie w Polsce, skarżyła na bóle brzucha. Poszła do najbliższego szpitala, w rejestracji poinformowano ją i lekarza, że jako osoba nieubezpieczona musi zapłacić za wizytę. Niestety nie miała pieniędzy i powiedziała o tym badającemu ją lekarzowi. Pan doktor, mimo to przeprowadził badanie. Następnie  doradził jej, by wyszła tylnym wyjściem, a on powie, że uciekła. Tak też zrobiła. Następnego dnia ku jej wielkiemu zdziwieniu, doktor zatelefonował zapytać jak się czuje i poinformować, że w razie potrzeby może jeszcze raz do niego przyjechać na badanie.

    Niemniej, są też przypadki, gdzie lekarz z wietnamskimi korzeniami jest w stanie lepiej pomóc pacjentowi. Pracując jako lekarz na styku dwóch kultur, mogę bardziej im pomagać, bo lepiej ich rozumiem: zarówno tych polskich i tych wietnamskich. Moja praca lekarza rodzinnego daje mi wiele satysfakcji i jest dla mnie niezwykle inspirującym doświadczeniem. Choć może to zabrzmieć banalnie, noszę w sobie głębokie przekonanie, że największy potencjał człowieka drzemie w różnicach. Warto byśmy o tym pamiętali.

  • Małżeństwo w pięciu smakach

    Małżeństwo w pięciu smakach

    Przedstawiam drugi artykuł z serii „Synergia światów”, cyklu wywiadów z małżeństwami polsko-wietnamskimi. O tym co dla jej męża Wietnamczyka jest najważniejsze i dlaczego wietnamskie synowe mają gorzej od polskich, dowiesz się z rozmowy z Heleną.

    Jesteście małżeństwem już ponad 30 lat. Jak i gdzie się poznaliście?

    Był rok 1980, wracałam znad morza z moją mamą i bratową. Jechałyśmy w jednej kuszetce z „jakimś Azjatą”. Wtedy myślałam, że to jakiś Mongoł. A to był Luong, Wietnamczyk – jechał do Zakopanego. Odstąpił mojej mamie swoje wygodniejsze miejsce, a potem zachęcał mnie do spróbowania bardzo egzotycznej „wietnamskiej kanapki”. W końcu się skusiłam i… okazała się ona zwykłą bułką z kurczakiem. Potem przegadaliśmy całą podróż w przejściu na korytarzu.

    Ale podróż się skończyła. Wysiadłaś z pociągu na swojej stacji i co było dalej?

    Żadne z nas nie poprosiło o numer telefonu stacjonarnego, nie wymieniliśmy się też adresami. Ale ja nie mogłam przestać o nim myśleć. Obdzwoniłam więc wszystkie pensjonaty w Zakopanem, pytając czy nie zatrzymał się tam jakiś młody Wietnamczyk. I w końcu go znalazłam! Bardzo się zdziwił, ale chyba też ucieszył, bo wracając do Gdańska zrobił mi niespodziankę i zapukał wprost do moich drzwi. Nie spodziewałam się gości, było wczesny ranek, ja miałam mokre włosy zaraz po myciu i byłam bez makijażu. Mąż do dzisiaj żartuje, że jak mnie wtedy zobaczył to zastanawiał się czy nie uciekać.

     To wszystko brzmi bardzo romantycznie i zabawnie!

    Tak, ale nie brakowało też momentów dramatycznych. To były trudne czasy, zarówno dla naszego związku jak i ogólnie, w Polsce. On kończył studia w Gdańsku, ja mieszkałam na drugim końcu Polski. Rzadko się widywaliśmy, więc godzinami wisieliśmy na telefonie – nota bene, nie do końca legalnie, gdyż żadnego z nas nie byłoby na to stać. Korzystałam więc po kryjomu ze służbowego telefonu, ale wszyscy w biurze o tym wiedzieli i przymykali oko.

    Przyszłość naszego związku stała pod znakiem zapytania. Państwo wietnamskie zainwestowało w naukę Luong w Polsce, nie mógł on ot tak sobie zostać, bo się zakochał. Jego rodzinę w Wietnamie mogłyby spotkać z tego powodu represje. Najbardziej krytyczny był  moment, gdy myśleliśmy, że to koniec. Żegnaliśmy sie na dworcu. Luong wysłał już cały swój bagaż do Wietnamu, został z jedną walizką i przyjechał się pożegnać. Nigdy nie zapomnę tego uczucia, gdy stałam na peronie i patrzyłam w stronę odjeżdżającego pociągu, przekonana że już więcej się nie zobaczymy.

    Wyjechał?

    Na szczęście nie. Los przygotował dla nas inny scenariusz. Luong został w Polsce, wzięliśmy ślub, urodziły się nam dzieci.

    Jak pogodziliście dwie kultury w wychowaniu Waszych dzieci?

    Dzieci wychowaliśmy bardziej w kulturze i tradycji polskiej. Mąż nie ma w Polsce rodziny, z którą mógłby kultywować swoje ojczyste tradycje. Mimo to, na ile to było możliwe Luong zachowywał „wietnamskość” w naszej rodzinie.

    Mąż dzieciom śpiewał kołysanki po wietnamsku, świętowaliśmy wietnamski nowy rok, w naszym domu panuje prymat ryżu nad ziemniakami, na wszystkie ważne okazje na stole zawsze są sajgonki. Nasze dzieci znają wietnamskie obyczaje i myślę, że wartości jakimi się kierują to mieszanka polsko-wietnamska.

    Również podejście męża do wychowywania dzieci wynikało z jego pochodzeniem. Z jednej strony był powściągliwy w okazywaniu uczuć oraz bardzo wymagający jeśli chodzi o naukę. Z drugiej strony jednak, dzieci i rodzina zawsze były dla niego najważniejsze, zawsze był bardzo opiekuńczy.

    Miałaś okazję poznać rodzinę męża?

    Tak, gdy pierwszy raz wyjechaliśmy do Wietnamu w 1994 roku. Poznaliśmy całą rodzinę i potem przez miesiąc podróżowaliśmy z północy na południe. Niestety bariera językowa bardzo ograniczała kontakt. Mimo to pamiętam, że atmosfera była bardzo serdeczna i wszyscy bardzo ciepło nas przywitali.

    A jak odbierasz Wietnam?

    Turystycznie kraj mnie zachwycił, ale nie zdecydowałabym się tam zamieszkać na stałe. Wiem jaki jest klimat i byłoby mi bardzo ciężko się przyzwyczaić do upałów i wilgotności. Poza tym, nie bardzo odpowiada mi też to, jak wygląda życie codziennie. Wietnamska „kultura rodzinna” zakłada mniejszą przestrzeń osobistą. Często w jednym domu mieszkają 3 pokolenia. Myślę, że mogłoby mi brakować „świętego spokoju”.

    Nie pogodziłabym się z tym, że synowa musi być bardzo pokorna w stosunku do teściów, zwłaszcza do teściowej. W Wietnamie bardzo szanuje się rodziców swojego współmałżonka i zazwyczaj ustępuje się w różnych spornych kwestiach. Tam komunikacja jest bardziej bezpośrednia, niekiedy więc trzeba pokornie wysłuchiwać uszczypliwych uwag.

    Czyli w Wietnamie małżeństwo „smakuje inaczej”?

    W porównaniu do małżeństw polskich, wydaje mi się, że jedynymi różnicami są te, wynikające z hierarchiczności w relacjach. Poza tym jest bardzo podobnie. Stwierdzam to na podstawie obserwacji rodziny męża. Na przykład mówi się, że Azjatki są bardziej uległe, ale ja się z tym nie zgadzam. Wietnamki, jak wszystkie kobiety na całym świecie mają różne charaktery i usposobienia. Niejedna wietnamska żona potrafi podnieść głos i usadzić męża w kącie.

    A co takiego w wietnamskiej kulturze Ci się podoba?

    Bardzo podobały mi się biesiady rodzinne przy suto zastawionym stole. Zbiera się cała rodzina, nawet ta daleka. Takie imprezy odbywają się z reguły z okazji rocznicy śmierci członka rodziny, to bardzo ważne wydarzenie w wietnamskiej kulturze. W Polsce poza ślubem nie ma takiej okazji, przy której co roku w tak licznym gronie ludzie się spotykają i wspólnie biesiadują. Podoba mi się też, że wietnamskie rodziny są bardzo ze sobą zżyte i pomagają sobie wzajemnie. Dzieci szanują rodziców i opiekują się nimi do późnych lat starości. Starsze rodzeństwo zawsze „opiekuje się” młodszym, nawet jako dorośli ludzie wspierają się, gdy zachodzi taka potrzeba również finansowo. Takie mocne więzi pomagają w trudnych chwilach, a gdy jest wesoło to radość jest podwójna.

    Czy masz jakieś przesłanie dla innych Polek – żon Wietnamczyków?

    Kluczem do sukcesu w małżeństwie ogólnie, ale zwłaszcza w mieszanym, jest wzajemna tolerancja nawyków i przyzwyczajeń. Trzeba sobie uświadomić na samym początku, że nie da się na siłę zmieniać drugiej osoby i też „po ślubie” albo „z czasem” pewne rzeczy w zachowaniu tej drugiej osoby się i tak nie zmienią. Początki, jak w każdym małżeństwie są piękne i wspaniałe. Nie widzi się wad, jest się bardzo skłonnym do pójścia na kompromis po to tylko, żeby uszczęśliwić tę drugą osobę. Potem do głosu dochodzi nasze ego i różnice kulturowe zaczynają wysuwać się na pierwszy plan. Trzeba bardzo dużo rozmawiać i wypracowywać wspólne rozwiązania oraz pielęgnować uczucie, mimo przeciwności losu.

    Dziękuję za rozmowę!