Kategoria: Ludzie

  • Wietnamczycy – jak się zachowują, jak się zachować?

    Wietnamczycy – jak się zachowują, jak się zachować?

    Często dostaję pytania od osób, które nie wiedzą jak się zachować w gronie Wietnamczyków, czego mogą się spodziewać. Pierwsza podróż do Wietnamu, by poznać rodzinę własną czy męża/żony na pewno budzi wiele pytań: jak okazać wdzięczność za gościnę, o czym rozmawiać, co podarować, etc. Na gorąco do głowy przychodzi mi kilka kwestii, które na początek powinny uchylić nieco rąbka tajemnicy. Niestety to temat jak rzeka szeroki i głęboki, więc to samo życie podpowie Wam najciekawsze scenariusze!

    1. Są hojni

    Z Wietnamczykami można godzinami biesiadować przy wspólnym stole: nie znając języka, etykiety, obsługi pałeczek. Wystarczy otwartość na nowości, uśmiech...i w przypadku mężczyzn mocna głowa! Fot. by K.Cao

    Wietnamczycy sami lubią korzystać z dóbr świata doczesnego i lubią się nimi dzielić z innymi. Nie zdziwcie się więc przepychem i bogactwem na wietnamskich przyjęciach, kwestia skromności w tej kulturze raczej nie istnieje. I tak jak w Polsce delikatnie zachęca się nowo poznaną osobę do wznoszenia toastów, tak w gronie Wietnamczyków gość będzie musiał się wykazać albo silną głową, albo silną wolą w odmawianiu. Jeśli już zatem  znajdujecie się w towarzystwie Wietnamczyków czujcie się swobodnie, na tyle na ile pozwala Wam Wasze temperament. Będzie na bogato i sympatycznie –  ciepła atmosferę spotkań w gronie wietnamskim doskonale oddaje gorąc klimatu Wietnamu.

    Różne podarki Wietnamczycy lubią przyjmować i wręczać, przy tym bez zbędnych „ochów i achów” i podziękowań. Nie są też w tym względzie sentymentalni czy „symboliczni” –  raczej praktyczni, bo podarowują to co sami uznaliby za dobry prezent dla siebie (alkohol w kwestiach biznesowych,  różne produkty spożywcze przy innych okazjach, słodycze dla dzieci).  Dlatego ręcznie robiona kartka z życzeniami nie spotka się z takim uznaniem jak kilogram dobrej kiełbasy, którą przecież można smacznie zjeść i to oczywiście w trakcie wspólnego posiedzenia! Jeśli chcecie okazać wdzęczność, podziękować za gościnę – bądźcie przede wszystkim praktyczni:)

    Bo w życiu chodzi o to, żeby było tłoczno i wesoło! Fot. by K.Cao

     

    2. Są oszczędni

    „Oszczędność” w wydaniu Wietnamczyków, z któymi ja miałam styczność, przejawiała się w wielu kwestiach, lecz na pewno nie w kwestiach finansowych! (co już wiecie z punktu 1).  Mam tu na myśli raczej oszczędność w okazywaniu uczuć: bezpośredni kontakt, dotyk, symboliczne gesty. To może nas Polaków trochę dystansować, gdyż Wietnamczycy się nie całują na powitanie, nie przytulają. Częściej można zaobserwować serdeczne ale szybkie uściski, poklepywania, docinki słowne (takie „dogadywanie z sympatii”, które może w naszych uszach brzmieć co najmniej nie na miejscu „O! Ale Ci się przytyło!” oznacza „Fajnie widzieć, że masz się dobrze i Ci niczego nie brakuje”). Lepiej więc poksromić nieco własne zapędy obtuliwania i obcałowywania po 3 razy w ferworze radości powitania/pożegnania/gratulacji. Jedynym przypadkiem, gdy bliskości nigdy za wiele są relacje z dziećmi – jeśli jednak nie jesteście słodkim 5latkiem nie macie co liczyć na rozpieszczanie i gesty przywiązania:) Warto za to zawsze mieć przy sobie szeroki uśmiech i szczere spojrzenie prosto w oczy, które pokonuje wszelkie bariery językowe i kulturowe!

    Wietnamczycy czułość i uczucia okazują najmłodszym. Dorośli między sobą zachowują się już bardziej powściągliwie. Fot. by K.Cao

    3. Są głośni

    Bardzo: głośni, z bogatą mimiką twarzy i językiem ciała. Oczywiście zdarzają się osoby ciche, w grupie niewidoczne i niesłyszalne – ale przebywanie w gronie wietnamskim dla nieprzyzwyczajonego oka i ucha wiąże się zawsze z lekkim szokiem. Poniekąd ma na to wpływ „ilość”, bo Wietnamczycy lubią się spotykać stadnie i gromadnie – a wiadomo im więcej tym hałaśliwiej. Nie bez znaczenia jest też sam język, który ze swoimi wszystkimi 6 tonami przeistacza słowną wymianę myśli w koncert bębnowo-smyczkowo-piszczałkowy. I tutaj właśnie widać (i oczywiście słychać!) bardzo różnicę pomiędzy „my a oni” – Polakowi ciężko będzie wejść pomiędzy wrony i krakać jak i one – jeśli mowa o wronach z Azji rodem. No ale to już zaczyna się zupełnie inny temat…

    Każda okazja to dobra okazja! Fot. by K.Cao

     

    5. Bliscy, a jednak dalecy…

    Pierwsza rozmowa i pytanie o wiek, stan posiadania żony/dzieci i wysokość zarobków nie powinna nikogo zszokować. Wiek i stan cywilny pozwalają określić sposób w jaki się do siebie zwracają rozmówcy (nie ma jednego określenia „pan”, „pani” – inaczej mówi się na „panią -panienkę bez dzieci młodszą od nas” a inaczej na „panią – mężatkę w wieku naszej mamy”).  Poza tym Wietnamczycy po prostu lubią rozmawiać o sprawach praktycznych: zdrowiu, kwestiach zawodowych, rodzinnych.  W ogóle nie spotkałam się z tak powszechnym w relacjach między Polakami zjawiskiem „nie wypada o tym mówić; lepiej nie pytać, bo ktoś się może obrazić”.  I tutaj paradoks dla mnie największy jest taki, że przy bardziej zdawkowych relacjach z Wietnamczykami ma sie wrażenie, że człowiek jest częścią grupy/rodziny, bo przecież mówi się o takich „osobistych” tematach. Ale na dłuższą metę, dla osoby która ma potrzebę nawiązania „głębszych” relacji, takich w naszym stylu ujmując „i do tańca i do różańca” –  relacje z Wietnamczykami mogą trącać powierzchownością. Wpływa na to wiele czynników, które wzajemnie się przeplatają: hierarchiczność języka wietnamskiego, kwestie kulturowo/polityczne (nie otwierając puszki pandory ogólnie tylko wymienię choćby 2: równości płci czy też  kwestia komunizmu w Wietnamu), klimat (przy 40 stopniowym upale i 120% wilgotności trudno wymagać, by Wietnamczycy okazywali szczodrze gesty bliskości…). Dodać też trzeba, że bliskość w relacjach z Wietnamczykami buduje się przede wszystkim na zasadzie ciągłości kontaktu: częstych spotkań, odwiedzin, świętowania różnych rocznic i świąt. Jeśli przyjdzie nam budować relacje na odległość – liczmy się z tym, że będzie to trwało dłużej. Ale zawsze warto, bo przecież trzeba brać od życia to co się dostaje i po prostu cieszyć się wspólnymi chwilami!

    Zawsze będziemy dla siebie nawzajem egzotyczni, razem jak mozaika kultur. Fot. by K.Cao

  • Zderzenie kultur poszerza horyzonty – wywiad Część 2

    Zderzenie kultur poszerza horyzonty – wywiad Część 2

     

    Zapraszam do lektury drugiej części wywiadu (część pierwsza tutaj). Tym razem poruszamy  kwestię integracji, różnic między pokoleniami Wietnamczyków mieszkających w Polsce czy też promowania kultury wietnamskiej. Kolejna ciekawa porcja ciekawych spostrzeżeń – zapraszamy do lektury i komentowania!

    Dansy, pląsy, wytrząchańce - takie tańce! Fot. by Adrian Rux

    Warszawa – inny wymiar Wietnamu

    Ziarnko: Czy Twoim zdaniem Wietnamczycy w Polsce to już „polscy Wietnamczycy”?  

     Adrian R.:  Wydaje mi się, że istnieje spore zróżnicowanie zintegrowania w tej grupie. Bazując na moich obserwacjach mogę wyróżnić 3 grupy Wietnamczyków mieszkających w Polsce:

    1. Wietnamczycy starszego pokolenia. Choć słyszę nieustannie, że dla własnych dzieci są surowymi rodzicami to wypowiadając się z własnej perspektywy twierdzę, że są oni przecudownie sympatycznymi ludźmi, bardzo kulturalnymi, szanującymi tradycję. Polaków lubią, choć niekoniecznie entuzjastycznie to okazują. Wielu z nich boi się Polaków, bo miało z nimi nieprzyjemne sytuacje. Ci wolą trzymać się na uboczu, w swoim towarzystwie, ale gdy nadarzy się okazja rozmowy – są bardzo mili, gościnni i serdeczni.
    2. Wietnamczycy między 20 a 30 rokiem życia. Właśnie z tej grupy mam najwięcej znajomych. Zauważam, że wyznają w życiu wiele wartości wypływających z tradycji i historii Wietnamu, które wpoili im ich rodzice. Są grzeczni, przyjacielscy, otwarci, pracowici, ambitni i można z nimi porozmawiać na wiele interesujących tematów. Mają dość „szerokie horyzonty” i duże pojęcie o świecie. Są świadomi tego, jakimi ludźmi chcą być, a także tego, na jakich ludzi pragną wychować swoje dzieci. Tutaj dodatkowo podzieliłbym ich na trzy grupy:
      •  „Wietnamczycy bardzo polscy ” – Niekiedy mówią o sobie „banany” – żółci na zewnątrz, biali w środku. Pośród Polaków unikają „wietnamskości” z racji na wiele irytujących ich w tym środowisku układów. Odnoszę wrażenie, jakoby zdawali sobie oni sprawę, że jeśli pozostaną w pobliżu środowiska ojczystego będzie im trudno zrealizować własne cele, bez kierownictwa rodziców, czy też spełnienia ich oczekiwań, którymi zazwyczaj mogłoby być ukończenie studiów tylko po to, aby później otworzyć orientalny bar, lub zająć się handlem.
      •  „Wietnamczycy wymieszani” – zadają się trochę z Wietnamczykami, trochę z Polakami. Są bardzo elastyczni. Przy Polakach zachowują się inaczej, przy Wietnamczykach inaczej. Tutaj może być trudno zaakceptować takie szybkie zmienianie się komuś kto podobnie, jak ja spędza z Wietnamczykami dużo czasu. Taka postawa może się wydawać nieszczera. Myślę, że ma ona dwa podłoża. Pierwsze z nich udowadnia, że Wietnamczycy znakomicie przystosowują się do każdego niemal otoczenia, a to wzbudza mój niekłamany podziw wobec nich!  Z kolei drugie podłoże wspomnianej „dwoistości” może, ale też nie musi, wynikać u niektórych z ich kompleksów. Dorastając wśród Polaków mogą niekiedy wstydzić się  swojej odmienności i pochodzenia, mogą czuć się z tego powodu gorsi,  wyalienowani, zagubieni, możliwe, że próbują określić własną tożsamość, dojrzeć do niej, by finalnie odnaleźć własne miejsce. Potwierdzałoby to wiele osobistych rozmów, które przeprowadziłem oraz moje własne obserwacje.
      • „Wietnamczycy wietnamscy” – To chyba jeden z najcięższych i raczej rzadko poruszanych przez Polaków związanych w jakiś sposób ze społecznością wietnamską tematów. Ci Wietnamczycy są bowiem wyjątkowo nieufni, z czym wcale się nie kryją, bywają też niegrzeczni i aroganccy w stosunku do obcych. Gdy są w swoim towarzystwie zachowują się tak jakbyś to ty był  w ich kraju, a nie odwrotnie. Jakkolwiek nieładnie to brzmi, ich zachowanie, spojrzenia i podśmiechiwanie się pod nosem również miłe nie jest. Wielu z nich nie mówi ani trochę po polsku. Dla nich Warszawa to po prostu jakiś inny wymiar Wietnamu. Nie poznali ani Polski, ani Polaków, choć w wielu przypadkach mieszkają tu od urodzenia albo od okresu dorastania. Nie są zainteresowani Polską. Zatrzymani pod kloszem przez rodziców, którzy wychowali ich w klimatach „Wólki Kosowskiej i okolic”. Oczywiście nie jest to sztywna reguła. Są wyjątki i również pośród takich można spotkać przemiłych osobników, z którymi rozmawiając  „na migi” można spędzić miło czas!
    1. Wietnamczycy „pokolenie Y”. Urodzeni w Polsce po roku 1995 – bardzo delikatny temat. Zazwyczaj – lecz nie zawsze, i muszę to podkreślić już na wstępie – są to bardzo rozpieszczone dzieciaki. Niejednokrotnie odniosłem wrażenie, że w ich mniemaniu pieniądze trzeba zarabiać po to, aby je mieć i pokazywać, nie po to, by za nie żyć. Liczą się imprezy, niekiedy zabawa z używkami i nie raz, nie dwa przygodny seks. Właściwie są jak polska młodzież, a raczej, jak każda inna obecna młodzież, tylko, że z tą charakterystyczną cechą mówiącą: „pokazuj ile masz pieniędzy, aby inni o tym wiedzieli”. Jestem zawiedziony niejedną sytuacją i niejedną usłyszaną opowieścią. W tej grupie przejawia się często brak lojalności, szacunku do drugiej osoby. Liczy się to, aby pobawić się z kimś kto akurat „jest przy kasie”, wydoić go i pójść sobie dalej w świat. Nie jest ważne tutaj Z KIM jesteś. Ważne jest przede wszystkim GDZIE. Z nauką też niekoniecznie jest tutaj idealnie. Zdarza się, że ktoś kibluje, nie uczy się, nie ma sprecyzowanych perspektyw ani planów.  Oczywiście warto byłoby jakimś sposobem studiować w USA, bo to modne i rodzice tego by chcieli, ponieważ to zawsze fantastyczna opcja pochwalenia się koleżance z boksu obok, że „syn/córka studiuje marketing w LA”. Niestety, znów wszystko sprowadza się do pospolitego i ulotnego lansu. Warto jednak pamiętać, że i tutaj zdarzają się wyjątki. Jest ich sporo. Nie każdy przecież „taki sam”.W towarzystwie kolegów i koleżanek z grupy, ze statuetką za zajęcie pierwszego miejsca w rundzie "Talent". Fot. by Adrian Rux

    Mosty ponad różnicami

    Ziarnko: Mówi się, że  się Wietnamczycy nie integrują z Polakami, są zamkniętą grupą. Jakie są Twoje wrażenia?

     Adrian R.:  To specyficzne środowisko. Nawet jeśli wydaje się czasami otwarte,  potrzeba wielu godzin i zrozumienia zanim sam poczujesz, że jest Ci wśród Wietnamczyków dobrze. I naprawdę wiele, wiele czasu nim poczujesz się akceptowany. Znajomość z Wietnamczykami polecam wszystkim, to wspaniali ludzie. Czy jednak polecam komuś codzienny kontakt i towarzystwo Wietnamczyków? Cóż, to niestety dość trudne. Nie oszukujmy się. U mnie zadziało się tak, że wpadłem w jakiś szalony wir. Spirala się nakręciła i poznałem wielu ludzi w jednym czasie. Natomiast ta grupa potrafi też szybko zamknąć swoje drzwi. Wszystko opiera się na wzajemnym zaufaniu. Gdy jednak już się narodzi, jest bardzo silne i owocuje wspaniałymi przyjaźniami. Należy też pamiętać, że jako Polacy nie możemy wymagać od Wietnamczyków zrozumienia jeśli sami nie spróbujemy ich zrozumieć. Prawda jest taka, że gdybym nie pokochał Wietnamczyków, gdybym nie wierzył, że bliskość z nimi wzbogaca mnie wewnętrznie- nie przyjaźniłbym się z nimi i wierzę, że w moim osobistym wymiarze byłbym znacznie uboższy.

    Ziarnko: Czy Twoim zdaniem w Warszawie robi się wystarczająco dużo, by budować polsko-wietnamskie mosty ponad różnicami?

    Adrian R.: Z roku na rok jest tego co raz więcej. Pod koniec 2013 roku sam zaangażowałem się w pomoc przy organizacji wydarzenia kulturalnego „Wietnam Ba Lan” i „Wietnam Ba Lan – TET Festiwal”, które odbyło się 2.02 w warszawskiej siedzibie Gazety Wyborczej.  Organizatorami akcji była sekcja Cudzoziemska Stowarzyszenia Wolnego Słowa oraz Stowarzyszenie Pracownia Twórcza Lubelska 30/32. Oba projekty miały na celu zbliżenie do siebie dwóch kultur i zacieśnienie więzów, które moim zdaniem, wciąż jest obu naszym społecznościom bardzo potrzebne. Uznałem, że mógłbym swoją znajomość z Wietnamczykami wykorzystać w celu promocji ich. Moim wkładem w wydarzenia kulturalne (zwłaszcza w drugie) było spojrzenie na nie oczyma Polaka i zaprezentowanie Polakom, tego czego chcieliby dowiedzieć się o Wietnamczykach. Dlatego też starałem się (i wciąż staram się) ukazać Wietnamczyków jako atrakcyjny naród pełen zalet i wspaniałych talentów. Uważam, że możemy się od siebie bardzo wiele nauczyć. Wierzę, że żyjąc obok siebie powinniśmy naszą codzienną rzeczywistość budować razem. Wystarczy chcieć! J A mówię to jako prawdziwy Warszawiak kochający to miasto i pragnący w jakiejś cząstce współtworzyć jego życie.

    Ziarnko: Czyli  sam też aktywnie promujesz wietnamską kulturę? 

    Adrian R.: Oczywiście, staram się na miarę swoich możliwości! W 2014 z okazji festiwalu integracyjnego Lua Viet 2014 (filmik z występu do obejrzenia poniżej) wyreżyserowałem spektakl grupy MIX, której też byłem członkiem. Nasza grupa jako jedyna składała się z Wietnamczyków i Polaków, stąd jej nazwa. Odpowiadałem za przygotowanie naszej grupy do rundy TALENT – choreografia, charakterystyka. W całym konkursie zajęliśmy miejsce trzecie, ale w rundzie talent pierwsze! A nadmienię, że była to runda najwyżej punktowana!

     

    Występ grupy zaczyna się od 12 minuty:)

     

     

    Ziarko: A teraz na zakończenie poproszę Cię o słowną promocję wielokulturowego stylu życia – co powiesz?

    Adrian. R.:  Stereotypy i nieśmiałość chowamy do szuflady, otwieramy się na innych i siebie dla innych!  Mnie Wietnamczycy bardzo wzbogacili. Dzięki przyjaźni z nimi nauczyłem się, że pewne dotyczące ich stereotypy są prawdziwe, a inne to jakiś głupi blef. Nie tak wiele nas od siebie różni! Owszem, wywodzą się z innej kultury, z dalekiej Azji,  pięknego Wietnamu. Mają skośne oczy, proste i ciemne włosy, ciemniejszy kolor skóry. A jednak w wielu kwestiach są tacy jak Polacy! Również mają swoje lęki i pragnienia. Także marzą, chcą kochać i być kochani. Nie lubię, gdy ktoś wypowiada się o nich w sposób „egzotyczny”, albo wyciąga na ich temat pochopne wnioski. Większość z nich jest błędna. Dla mnie Wietnamczycy są najwspanialsi pod słońcem, a to właśnie dlatego że tak zwyczajni, również ze swoimi wadami. Każda nacja je ma. I to właśnie nas do siebie zbliża.

     

    Na koniec Ziarnko chce dodać, że….

    Jest takie wietnamskie przysłowie „Đồng thanh tương ứng, đồng khí tương cầu” (odpowiednik polskiego „podobieństwa się przyciągają”). Jak jednak widać na przykładzie przyjaźni Adriana, wielka wartość i siła przyciągania ukryta jest też w różnicach! Dziękuję Ci za rozmowę i życzę powodzenia w budowaniu wspólnej wizji wielokulturowego świata.

    Czytelników Ziarnka zachęcam zaś do śmiałego podróżowania po fascynujących światach innych kultur – nie tylko wietnamskiej:)!

     

  • Zderzenie kultur poszerza horyzonty – wywiad Część I

    Zderzenie kultur poszerza horyzonty – wywiad Część I

    Zjawisko ścierania się i przenikania kultur jest FASCYNUJĄCE. W efekcie synergii powstają nowe wartości i style życia. Ludzie, którzy otwierają się na inne kultury i jednocześnie promują swoją własną wśród innych, potrafią znaleźć wspólny mianownik dla wielokulturowej realcji.

    Takim właśnie człowiekiem jest Adrian Rux. Oddaję do Waszej dyspozycji bardzo emocjonalny opis słowny zderzenia kultur w życiu tego Polaka, który ukochał „wietnamskość” i  Wietnamczyków.  Polsko-wietnamskie relacje to wybuchowa mieszanka: wartości Wschodu i Zachodu ścierają się ze sobą dając początek przyjaźniom ponad różnicami kulturowymi.

    Adrian Rux, sercem obywatel świata.

    Ziarnko: Jesteś uosobieniem wielokulturowości: Polak, z francuskimi korzeniami, kontytunację studiów przewidujesz w Chinach, w Twoich przyjaźniach widać zdecydowany akcent wietnamski. Nie za dużo tego jak na jedną osobę?:)

    Adrian R.: Ależ skąd, ja dopiero sie rozkręcam! Uważam, że poznawanie innych kultur poszerza nasze horyzonty, możemy się od siebie bardzo wiele nauczyć. Otwarcie na różnice to klucz do nawiązywania przyjaźni, ciekawych dyskusji, dialogu.

    Ziarnko: Czym się zajmujesz na co dzień?

    Adrian R.: Od szóstego roku życia związany jestem z aktorstwem, jednakże w chwili obecnej rozwijam swoją pasję reżyserską. Reżyseria daje mi możliwość pracy z tekstami oraz ich tworzenia.

    Ziarnko: Jakie są Twoje zainteresowania?

    Adrian R.: Interesuje mnie wszystko co związane jest z Azją Wschodnią. Uwielbiam historię i kulturę Chin, pasjonują mnie wpływ Chin na kraje sąsiadujące. Moją specjalizacją z Chin jest mandżurska dynastia Qing (ostatnia dynastia cesarska panująca w Chinach do 1912 roku). Niestety z powodów zdrowotnych musiałem zawiesić studia w Pekinie.

    Od 2011 roku jestem związany z warszawskimi Wietnamczykami i jestem w nich zakochany.

    Ponieważ pasjonują mnie ludzie oraz różnorodność ich zainteresowań, poglądów, wyznań zawsze chętnie biorę udział i inicjuję wszelakie dyskusje dotyczące Wietnamczyków żyjących w Polsce oraz procesu ich integracji z Polakami.

    Ziarnko: Jakie są początki Twoich polsko-wietnamskich przyjaźni.

    Adrian R.: Moja zażyłość z Wietnamczykami zaczęła się od odrobiny ciekawości, dużej dawki naturalnego przebiegu wydarzeń i wreszcie przypadku. Pierwszego Wietnamczyka poznałem jeszcze w szkole podstawowej. Siedział ze mną w ławce. Był jednym z najlepszych uczniów w klasie, znajdując się w czołówce „najszybciej uczących się pisać” dzieci. Ponadto, znakomicie liczył i nigdy nie przyszedł do szkoły nieprzygotowany. Dobrze pamiętam, że był znacznie bardziej zdyscyplinowany od innych dzieci. Grzeczny, ułożony, niezbyt głośny – czasem sprawiający wrażenie nieprzystępnego, wręcz wyobcowanego. Nie zmienia to jednak faktu, że był bardzo dobrym i powszechnie lubianym kolegą. Nasza znajomość przetrwała do dziś, tak więc w tej całej „nieprzystępności” chyba bardziej chodziło o jego specyficzny charakter.

    Natomiast moja „stała” znajomość z Wietnamczykami zaczęła się od krótkometrażowego filmu „Tuan”, który przygotowywałem do swojego portfolio. Bohaterami mojej etiudy jest przyrodnie rodzeństwo: Polak i niewiele od niego młodszy Wietnamczyk. Naturalnie musiałem zaangażować do tego projektu Wietnamczyków, co okazało się zadaniem bardzo trudnym – poszukiwałem nie tylko odtwórcy jednej z głównych ról, ale także jego filmowych kolegów i koleżanek, wietnamskiej opiekunki, tańczących Wietnamek i wreszcie aktora, który zagrałby wietnamskiego kucharza. Wszystko się udało! Choć łatwo nie było…

    Ziarnko: Dlaczego?

    Adrian R.: Po pierwsze, nie wszyscy Wietnamczycy chętnie angażują się w wolontariat. Najlepiej, gdy przy okazji jest szansa zarobku – zwłaszcza łatwego. Mam porównanie, ponieważ wcześniej znalezienie choćby trzydziestu statystów Polaków do mojego projektu było dla mnie kwestią piętnastu minut. Drugim problemem okazała się nieśmiałość Wietnamczyków. Choć niestety ze smutkiem stwierdzam, że przeważyła chęć łatwego zarobku. Godzinami przesiadywałem na Facebooku i wypisywałem wiadomości do wszystkich możliwych Wietnamczyków. Wielu z nich już na wstępie podziękowało mi za udział w filmie kręconym przez młodych ludzi „bez wynagrodzenia”. Szczęśliwie – po dwóch miesiącach poszukiwań – udało mi się skompletować całą obsadę. I tak to wszystko się zaczęło…

    Ziarnko: W Waszych relacjach dominują cechy kultury polskiej czy wietnamskiej?

    Adrian R.: Nie ma dominacji, jest raczej uzupełnianie się. Dziś mam nieraz wrażenie, że obydwie kultury przenikają się i zlewają w całość. W towarzystwie Wietnamczyków czuję się już swobodnie, jak ryba w wodzie. Do tego stopnia, że gdyby ktoś zapytał mnie o różnice między Polakami i Wietnamczykami nie wiedziałbym, co właściwie odpowiedzieć. Gdy jestem wśród Wietnamczyków uśmiecham się do siebie i przyznaję, że już nie umiałbym wyobrazić sobie dobrej imprezy albo wyjścia bez Azjatów. Moi biali znajomi tego nie rozumieją. Czasami zarzucają mi, że faworyzuję Wietnamczyków, ale nic na to nie poradzę, bo tak jest!

    Nie oznacza to wcale, że nie zdarzyło mi się nigdy poczuć wśród Wietnamczyków zagubionym. Czasem zdarzają się sytuacje, których jako Polak nie umiem zrozumieć, czasem nawet nie chcę. Jednak wierzę, że do wszystkiego można się przyzwyczaić. Poza tym jeżeli kolega/koleżanka Wietnamczyk jest wyrozumiały/a, to nigdy nie pozwoli ci czuć się nieswojo w jego/jej towarzystwie.

    Ziarnko: Jakie cechy, postawy Wietnamczyków są dla Ciebie inspiracją ?

    Adrian R.: U Wietnamczyków lubię bezpośredniość. Bywają szczerzy do bólu, ale najczęściej nie z przekąsem. Po prostu mówią, co myślą.

    Imponuje mi szacunek jaki Wietnamczycy okazują starszym. Żaden mój kolega nie sprowokuje kłótni ze starszym od siebie Wietnamczykiem lub Wietnamką – nawet z Polakiem i nawet jeśli mówimy tutaj o różnicy dwóch, trzech lat. Po kilku głębszych oczywiście mogą wystąpić różne sytuacje, ale zazwyczaj uważnie tego pilnują.

    Uwielbiam PRAWDZIWE wietnamskie jedzenie. Nie rozumiem, dlaczego Wietnamczycy nie chcą z nim „wyjść” do Polaków. Wietnamki są bardzo kulturalne, nie tak krzykliwe jak niektóre Polki. Z drugiej strony zastanawiający jest fakt, jak bardzo niektóre (podkreślam NIEKTÓRE) młode Wietnamki są podatne na gruby portfel i jak istotną rolę ogrywa on w ich życiu.

    Ziarnko: A czy są jakieś „nie lubię”?

    Adrian R.: Nie lubię, gdy Wietnamczycy rozmawiają w moim towarzystwie po wietnamsku. Zawsze zwracam na to uwagę. Zazwyczaj szybko mnie przepraszają i przechodzą na język polski. Chodzi oczywiście o sytuację, gdy np. siedzimy razem przy stole, albo idziemy gdzieś w swoim towarzystwie. Przyznaję też, że trudno mi się przyzwyczaić do azjatyckiego sposobu spożywania posiłków. Całym sercem rozumiem obyczaje i pojęcie okazywania szacunku gospodarzom według kultury wietnamskiej, ale ponieważ sam zostałem wychowany według modelu zachodniego, na dźwięk „ssącego się makaronu” lub mlaskania automatycznie włącza mi się czerwona lampka.

    Inną sprawą jest to, że Wietnamczycy troszkę inaczej pojmują gust modowy. Ponieważ dla niektórych z nich ważna jest przede wszystkim marka, niekiedy wrzucają na siebie wszystko, co się da. A to czasami moim zdaniem wygląda kiczowato. Trzeba jednak przyznać, że Wietnamczycy, którzy mają gust, ubierają się znacznie lepiej i z większym wyczuciem mody niż Polacy.

    Nie wszyscy wiedzą też, że niektórzy Wietnamczycy to straszni PLOTKARZE!!! Trzeba uważać na to co i komu się mówi. Żadna tajemnica się nie uchowa.

    Trudno mi zaakceptować fakt, że wietnamscy rodzicie bywają bardzo surowi dla swoich dzieci. Czasami przykro mi, gdy widzę, jak mój przyjaciel smuci się, że „zawiedzie rodziców”. Jest to jednak inna kultura i potrafię zrozumieć, że między innymi poprzez stawianie dużych wymagań okazują dzieciom miłość. Natomiast żal mi młodych Wietnamczyków, ponieważ czasem odnoszę wrażenie, że są wychowywani tak jakby wciąż żyli w Wietnamie, a przecież będąc w Polsce dorastają już w zupełnie innej rzeczywistości niż ich rodzice. Przez to może pogłębiać się w nich poczucie braku przynależności.

    Wietnamczycy mają też wybuchowy temperament: wytrącony z równowagi Wietnamczyk bywa tragicznie denerwujący i wtedy może być uszczypliwy.

    Ziarnko: Dokończ zdanie „Przyjaciel Wietnamczyk…”

    Adrian R.: Przyjaciel Wietnamczyk jest bardzo czuły. Nie wstydzi się – to zaskoczenie – okazywać ci swoich uczuć, np. przytulić cię. Jeśli może pokazać ci, że jesteś dla niego ważny, zrobi to przy każdej okazji i pójdzie na niejedno ustępstwo, by sprawić ci przyjemność. Wietnamczycy są bardzo namiętni. Choć z początku wycofani i ostrożni, gdy się otworzą potrafią pokazać ci cały swój niezwykły świat. Wietnamczyk zna znaczenia słów: „przyjaźń” i „lojalność”.

    Przyjaciel Wietnamczyk nie zniesie twojego cierpienia. ZAWSZE stanie w twojej obronie i nie pozwoli, by ktoś cię skrzywdził. Choćby miało go to kosztować kilka zębów. Może czasem i nazbyt impulsywnie, ale reaguje od razu. Wietnamczyk, jeśli oczywiście nie mamy do czynienia z zagorzałym plotkarzem,  jest fantastycznym słuchaczem i dobrze doradza.

    Ziarko: Czyli odkładamy stereotypy i nieśmiałość do szuflady i próbujemy innym kulturom przyjrzeć się z bliska?

    Adrian. R.: Zdecydowanie tak. Mnie Wietnamczycy bardzo wzbogacili. Dzięki przyjaźni z nimi nauczyłem się, że pewne dotyczące ich stereotypy są prawdziwe, a inne to jakiś głupi blef. Nie tak wiele nas od siebie różni! Owszem, wywodzą się z innej kultury, z dalekiej Azji,  pięknego Wietnamu. Mają skośne oczy, proste i ciemne włosy, ciemniejszy kolor skóry. A jednak w wielu kwestiach są tacy jak Polacy! Również mają swoje lęki i pragnienia. Także marzą, chcą kochać i być kochani. Nie lubię, gdy ktoś wypowiada się o nich w sposób „egzotyczny”, albo wyciąga na ich temat pochopne wnioski. Większość z nich jest błędna. Dla mnie Wietnamczycy są najwspanialsi pod słońcem, a to właśnie dlatego że tak zwyczajni, również ze swoimi wadami. Każda nacja je ma. I to właśnie nas do siebie zbliża.

    Koniec części 1.

  • Nowy Rok wietnamski – Tet 2013

    Niektórzy już zdążyli zapomnieć szaleństwa sylwestrowej nocy – a Wietnamczycy dopiero co świętowali 2013 po swojemu 🙂

    (A tak było rok temu)

  • Obraz Wietnamu po polsku autorstwa pani Le Tan Sitek

    Pani Le Tan Sitek jest autorką dwóch książek: „Sama na drodze” oraz „Na rozdrożu”. Zarówno postać autorki, jak i historia w jej książkach – są bardzo barwna i ciekawa.

    Wietnamka z pochodzenia, przyjechała na studia do Polski, gdzie zakochała się w Polaku, wyszła za mąż. Następnie z mężem i dziećmi wyjechała do Norwegii, gdzie mieszka do dziś. Losom tym towarzyszyły wydarzenia na tle burzliwych dziejów Wietnamu oraz Polski. W swoich książkach Pani Le Tan pokazuje nam Wietnam „od kuchni”, z jego tradycjami i malowniczymi obrazami wspomnień. Możemy również zobaczyć Polskę oczami obcokrajowca, w czasach, gdy słowo „globalizacja” nie było jeszcze w użyciu.

    Poniżej przedstawiam poniżej recenzję książki „Sama na drodze Pawła „Xialong”. Paweł po raz kolejny gościnnie wita na stronach Ziarnka – zachęcam do lektury, a tych którzy czytali książki, do podzielenia się swoimi wrażeniami, a Pawła serdecznie pozdrawiamy!

     „Sama na drodze”

    „Życie każdego z nas jest opowieścią. Czasami zapisuje się nie tylko w naszej pamięci, ale i w pamięci
    innych”- taką oto sentencją rozpoczyna się powieść „Sama na drodze”.

    Książka ta, jest inspirowana przeżyciami autorki. To, wzruszająca opowieść o losach wietnamskiej dziewczynki, przeplatana wątkami historycznymi związanymi z burzliwym okresem walk z francuzami o niepodległość Wietnamu. To, nie tylko saga rodzinna. Nie tylko wspomnienia dziecka. Znajdziemy tu o wiele więcej…

    Książka zabiera czytelnika w daleką podróż. W podróż wyjątkową, bo przypominającą nam wszystkim nasze dzieciństwo, choć tak inne od tego głównej bohaterki, a jednak mającego z nią coś wspólnego.
    W Podróż nie tylko z Chin do Wietnamu, ale także po przez to, co spotyka każdego człowieka: smutek, strach, rozpacz, radość, miłość, przywiązanie. To, podróż barwna, momentami trudna i męcząca. A mimo to, tak niesamowita zarazem.

    Książka to historia…

    ….wietnamskiej dziewczynki An, która jako mała dziewczynka, po śmierci swojego ojca, wraz z mamą, siostrą i nianią udają się do „domu swoich przodków”, do Wietnamu, do rodzinnego domu taty. Po długiej wędrówce docierają najpierw do stolicy Wietnamu – Hà Nội. Dla An wszystko jest tu inne i obce.

    Ani An ani jej siostra Hong z początku nie mówią po Wietnamsku, gdyż urodziły się w Chinach. Inny język jest dla nich czymś nowym i zaskakującym. Po kilku tygodniowym pobycie w Ha Noi, cała rodzina udaje się wreszcie do wsi Phố Đông – domu ojca An.

    An  od momentu ujrzenia babci, czuje, że jej miejsce jest tutaj, że kocha babcię jakby znała ją od zawsze. Konfrontacja z pozamiejską naturą i trybem życia na wsi, wywiera na An tak duże wrażenie, iż jej mama i babcia postanawiają, aby została na jakiś czas z babcią.

    Okres pobytu An u babci przedłuża się do roku. W tym czasie poznaje ona tradycje i obyczaje, obrzędy
    ku czci zmarłych, tajniki uprawy warzyw, owoców, gotowania, oraz hodowli zwierząt. Trwają walki z francuskim okupantem. Mama An pracuje w hotelu w Hà Nội. Ona także jest zaangażowana w ruch narodowo-wyzwoleńczy, przez co nie może odwiedzić córki.

    Walki z francuzami przybierają coraz to większą skalę zniszczenia, a nasilające się bombardowania zabijają wielu ludzi.

    An na wsi kończy podstawówkę i szkołę średnią, w domu uczy się hodować jedwabniki, farbować materiały i haftować. Powoli z dziewczynki przeistacza się w młodą kobietę.

    W 1954 roku Wietnamczycy odnoszą zwycięstwo nad francuzami pod Điện Biên Phủ, co kończy okres kolonialnego panowania Francji. Nastaje nastrój wielkiej radości. Rozpoczyna się wielka odbudowa kraju według komunistycznych wzorców. Natomiast dla An po dziewięciu latach spędzonych u babci, nadchodzi czas na odwiedzenie mamy. Czy zostawi życie na wisi i opuści dom rodzinny babci? Czy będzie chciała zamieszkać z „nową” rodziną? Dowiecie się sięgając po książkę „Sama na drodze”.

    Wrażenia czytelnika

    Jeśli chodzi o „techniczną” stronę powieści, rozdziały są długie, a powieść pisana jest w trzeciej osobie. Nie mamy dzięki temu wrażenia czytania pamiętnika, a raczej opowiadania narracyjnego. Styl książki jest dość prosty, dzięki czemu czyta się ją płynnie i lekko.Ponadto, książka obfituje w wiele nazw wietnamskich, rzadko mówiących cokolwiek polskiemu czytelnikowi. Momentami może to czytelnika irytować. Na szczęście autorka nie zapomniano o przypisach,z których dowiemy się wielu ciekawostek geograficznych, kulturowych, kulinarnych.   (np.  jak wygląda proces wytwarzania sosu sojowego, opis świąt i obrządków kulturowych). Ciężko jednak postrzegać tę książkę jako kompendium wiedzy z zakresu kultury wietnamskiej, lecz raczej jako  wspaniałe źródło inspiracji do jej poznania. Jak sama autorka wspomniała- jest to książka dla wszystkich pisana językiem proletariackim. Serdecznie polecam ta pozycję – pierwszą taką stanowiącą o Wietnamie na rynku polskim.

    Paweł „Xiaolong”