Tag: małżeństwo

  • Matriarchat E De – tutaj rządzą kobiety! (Ê Đê)

    Matriarchat E De – tutaj rządzą kobiety! (Ê Đê)

    Grupa etniczna Ê Đê, zwana również Rade, od wieków swoje funkcjonowanie opiera na liniach matrylineranych.  Tradycyjny matriarchat mniejszości etnicznej Ê Đê ma wielki wpływ na życie tych ludzi, począwszy od budownictwa domów, poprzez tworzenie instrumentów muzycznych, aż po wzajemne relacje w rodzinie. Najbardziej zaś widoczny jest w małżeństwach  Ê Đê.

    Małzeństwo E De. Fot by Kathrin Carras

    Według starej tradycji to kobiety posiadają w rodzinie Ê Đê władzę. Kobieta odgrywa  w małżeństwie aktywną rolę. Kiedy kogoś pokocha, pyta swoich rodziców o zgodę na ślub. Po zawarciu małżeństwa, mężczyzna żyje w rodzinie swojej żony. Dzieci Ê Đê przyjmują nazwisko rodowe matki.

    Kiedy żona umiera, rodzina musi znaleźć dla mężczyzny inną kobietę, aby mógł ponownie się ożenić. Ta tradycja uwarunkowana historycznie w dużym stopniu sprzeciwia się prawu do miłości i wyboru mężczyzn. Niemniej jednak mąż w rodzinie również pełni ważną rolę, choć niejako trwając u boku żony.

    Kiedy ktoś odwiedza rodzinę Ê Đê, zostaje zawsze przyjęty przez męża i syna właścicielki domu. Mężczyźni muszą też reprezentować rodzinę podczas uroczystości ślubnych albo żałobnych.

    Matriarchat narodu Ê Đê rozpoznawalny jest też w sposobie budowy domów. Dom zbudowany jest z bambusa i jest bardzo długi. Zapewnia wystarczająco dużo miejsca dla dziesiątków mieszkańców. Jest podzielony na dwie części. Można powiedzieć, że w pokoju gościnnym mieszkają samotni mężczyźni. Ten pokój znajduje się zawsze obok schodów. W innej części mieszkają pary małżeńskie i samotne kobiety. Jeśli zjawi się gość-kobieta, tam właśnie będzie mieszkać.

    Długi dom E De. Fot by Kathrin Carras

    Kiedy wchodzi się na schody domu Ê Đê, zauważa się natychmiast piersi, które symbolizują władzę kobiet. Jedne schody są kobiece, a drugie męskie. Męskie znajdują się zawsze przed domem i używane są przez mężczyzn i chłopców. Schody z tyłu domu są wyłącznie do dyspozycji kobiet.

    Kobiety Ê Đê kierują nie tylko domem, ale i wsią. Zarządzają ziemią rodzin i są w stanie rozwiązywać konflikty między wsiami. Kiedyś kobieta kierowała wsią, a wiejska ziemia należała do niej. Każdego roku zbierała od mieszkańców podatki i sprawdzała, jak użytkowane są pola. Dzisiaj władze wsi wybierane są przez mieszkańców Wybranymi mogą być zarówno kobiety i mężczyźni. W rodzinie jednak kobieta nadal odgrywa przewodnią rolę, ma o wszystkim decydować, a mąż zawsze ją wspierać.

    Wraz z rozwojem gospodarczym i kulturalnym matriarchat Ê Đê uległ znacznym przemianom, ciągle jednak pozostaje jedynym w swoim rodzaju społecznym fenomenem.

     Lokalne rozrwyki Fot. by Kathrin Carras

    Autor tekstu: Stanisław Kozłowski

  • Małżeństwo w pięciu smakach

    Małżeństwo w pięciu smakach

    Przedstawiam drugi artykuł z serii „Synergia światów”, cyklu wywiadów z małżeństwami polsko-wietnamskimi. O tym co dla jej męża Wietnamczyka jest najważniejsze i dlaczego wietnamskie synowe mają gorzej od polskich, dowiesz się z rozmowy z Heleną.

    Jesteście małżeństwem już ponad 30 lat. Jak i gdzie się poznaliście?

    Był rok 1980, wracałam znad morza z moją mamą i bratową. Jechałyśmy w jednej kuszetce z „jakimś Azjatą”. Wtedy myślałam, że to jakiś Mongoł. A to był Luong, Wietnamczyk – jechał do Zakopanego. Odstąpił mojej mamie swoje wygodniejsze miejsce, a potem zachęcał mnie do spróbowania bardzo egzotycznej „wietnamskiej kanapki”. W końcu się skusiłam i… okazała się ona zwykłą bułką z kurczakiem. Potem przegadaliśmy całą podróż w przejściu na korytarzu.

    Ale podróż się skończyła. Wysiadłaś z pociągu na swojej stacji i co było dalej?

    Żadne z nas nie poprosiło o numer telefonu stacjonarnego, nie wymieniliśmy się też adresami. Ale ja nie mogłam przestać o nim myśleć. Obdzwoniłam więc wszystkie pensjonaty w Zakopanem, pytając czy nie zatrzymał się tam jakiś młody Wietnamczyk. I w końcu go znalazłam! Bardzo się zdziwił, ale chyba też ucieszył, bo wracając do Gdańska zrobił mi niespodziankę i zapukał wprost do moich drzwi. Nie spodziewałam się gości, było wczesny ranek, ja miałam mokre włosy zaraz po myciu i byłam bez makijażu. Mąż do dzisiaj żartuje, że jak mnie wtedy zobaczył to zastanawiał się czy nie uciekać.

     To wszystko brzmi bardzo romantycznie i zabawnie!

    Tak, ale nie brakowało też momentów dramatycznych. To były trudne czasy, zarówno dla naszego związku jak i ogólnie, w Polsce. On kończył studia w Gdańsku, ja mieszkałam na drugim końcu Polski. Rzadko się widywaliśmy, więc godzinami wisieliśmy na telefonie – nota bene, nie do końca legalnie, gdyż żadnego z nas nie byłoby na to stać. Korzystałam więc po kryjomu ze służbowego telefonu, ale wszyscy w biurze o tym wiedzieli i przymykali oko.

    Przyszłość naszego związku stała pod znakiem zapytania. Państwo wietnamskie zainwestowało w naukę Luong w Polsce, nie mógł on ot tak sobie zostać, bo się zakochał. Jego rodzinę w Wietnamie mogłyby spotkać z tego powodu represje. Najbardziej krytyczny był  moment, gdy myśleliśmy, że to koniec. Żegnaliśmy sie na dworcu. Luong wysłał już cały swój bagaż do Wietnamu, został z jedną walizką i przyjechał się pożegnać. Nigdy nie zapomnę tego uczucia, gdy stałam na peronie i patrzyłam w stronę odjeżdżającego pociągu, przekonana że już więcej się nie zobaczymy.

    Wyjechał?

    Na szczęście nie. Los przygotował dla nas inny scenariusz. Luong został w Polsce, wzięliśmy ślub, urodziły się nam dzieci.

    Jak pogodziliście dwie kultury w wychowaniu Waszych dzieci?

    Dzieci wychowaliśmy bardziej w kulturze i tradycji polskiej. Mąż nie ma w Polsce rodziny, z którą mógłby kultywować swoje ojczyste tradycje. Mimo to, na ile to było możliwe Luong zachowywał „wietnamskość” w naszej rodzinie.

    Mąż dzieciom śpiewał kołysanki po wietnamsku, świętowaliśmy wietnamski nowy rok, w naszym domu panuje prymat ryżu nad ziemniakami, na wszystkie ważne okazje na stole zawsze są sajgonki. Nasze dzieci znają wietnamskie obyczaje i myślę, że wartości jakimi się kierują to mieszanka polsko-wietnamska.

    Również podejście męża do wychowywania dzieci wynikało z jego pochodzeniem. Z jednej strony był powściągliwy w okazywaniu uczuć oraz bardzo wymagający jeśli chodzi o naukę. Z drugiej strony jednak, dzieci i rodzina zawsze były dla niego najważniejsze, zawsze był bardzo opiekuńczy.

    Miałaś okazję poznać rodzinę męża?

    Tak, gdy pierwszy raz wyjechaliśmy do Wietnamu w 1994 roku. Poznaliśmy całą rodzinę i potem przez miesiąc podróżowaliśmy z północy na południe. Niestety bariera językowa bardzo ograniczała kontakt. Mimo to pamiętam, że atmosfera była bardzo serdeczna i wszyscy bardzo ciepło nas przywitali.

    A jak odbierasz Wietnam?

    Turystycznie kraj mnie zachwycił, ale nie zdecydowałabym się tam zamieszkać na stałe. Wiem jaki jest klimat i byłoby mi bardzo ciężko się przyzwyczaić do upałów i wilgotności. Poza tym, nie bardzo odpowiada mi też to, jak wygląda życie codziennie. Wietnamska „kultura rodzinna” zakłada mniejszą przestrzeń osobistą. Często w jednym domu mieszkają 3 pokolenia. Myślę, że mogłoby mi brakować „świętego spokoju”.

    Nie pogodziłabym się z tym, że synowa musi być bardzo pokorna w stosunku do teściów, zwłaszcza do teściowej. W Wietnamie bardzo szanuje się rodziców swojego współmałżonka i zazwyczaj ustępuje się w różnych spornych kwestiach. Tam komunikacja jest bardziej bezpośrednia, niekiedy więc trzeba pokornie wysłuchiwać uszczypliwych uwag.

    Czyli w Wietnamie małżeństwo „smakuje inaczej”?

    W porównaniu do małżeństw polskich, wydaje mi się, że jedynymi różnicami są te, wynikające z hierarchiczności w relacjach. Poza tym jest bardzo podobnie. Stwierdzam to na podstawie obserwacji rodziny męża. Na przykład mówi się, że Azjatki są bardziej uległe, ale ja się z tym nie zgadzam. Wietnamki, jak wszystkie kobiety na całym świecie mają różne charaktery i usposobienia. Niejedna wietnamska żona potrafi podnieść głos i usadzić męża w kącie.

    A co takiego w wietnamskiej kulturze Ci się podoba?

    Bardzo podobały mi się biesiady rodzinne przy suto zastawionym stole. Zbiera się cała rodzina, nawet ta daleka. Takie imprezy odbywają się z reguły z okazji rocznicy śmierci członka rodziny, to bardzo ważne wydarzenie w wietnamskiej kulturze. W Polsce poza ślubem nie ma takiej okazji, przy której co roku w tak licznym gronie ludzie się spotykają i wspólnie biesiadują. Podoba mi się też, że wietnamskie rodziny są bardzo ze sobą zżyte i pomagają sobie wzajemnie. Dzieci szanują rodziców i opiekują się nimi do późnych lat starości. Starsze rodzeństwo zawsze „opiekuje się” młodszym, nawet jako dorośli ludzie wspierają się, gdy zachodzi taka potrzeba również finansowo. Takie mocne więzi pomagają w trudnych chwilach, a gdy jest wesoło to radość jest podwójna.

    Czy masz jakieś przesłanie dla innych Polek – żon Wietnamczyków?

    Kluczem do sukcesu w małżeństwie ogólnie, ale zwłaszcza w mieszanym, jest wzajemna tolerancja nawyków i przyzwyczajeń. Trzeba sobie uświadomić na samym początku, że nie da się na siłę zmieniać drugiej osoby i też „po ślubie” albo „z czasem” pewne rzeczy w zachowaniu tej drugiej osoby się i tak nie zmienią. Początki, jak w każdym małżeństwie są piękne i wspaniałe. Nie widzi się wad, jest się bardzo skłonnym do pójścia na kompromis po to tylko, żeby uszczęśliwić tę drugą osobę. Potem do głosu dochodzi nasze ego i różnice kulturowe zaczynają wysuwać się na pierwszy plan. Trzeba bardzo dużo rozmawiać i wypracowywać wspólne rozwiązania oraz pielęgnować uczucie, mimo przeciwności losu.

    Dziękuję za rozmowę!
  • Polski Wietnamczyk i wietnamska Polka

    Polski Wietnamczyk i wietnamska Polka

    Synergia światów – to cykl wywiadów z małżeństwami polsko-wietnamskimi.

    Jako pierwszy prezentuję wywiad z Agnieszką i Minhem. Przeczytajcie o tym jak ich związek pokazuje, że różnice kulturowe łączą a nie dzielą.

    Co możecie powiedzieć o początkach Waszej znajomości?

    Agnieszka: Postrzegaliśmy się jak para zakochanych ludzi. Różnice kulturowe nie miały tu aż takiego znaczenia w samym procesie zafascynowania. 🙂 Natomiast z pewnością byłam bardziej ostrożna, słuchająca, obserwująca bo mimo teoretycznej wiedzy, nie wiedziałam jaki praktyczny wpływ na nasz przyszły związek mogą mieć różnice kulturowe i jak na nie zareaguję.

    Minh: Jestem w Polsce prawie 25 lat, stąd można powiedzieć iż fascynacja egzotyką kultury europejskiej już minęła jakiś czas temu ;).

    Jak radzicie sobie z różnicami kulturowymi?

    Agnieszka: Na początku chciałabym zaznaczyć, że czasem trudno jest mi określić, czy różnice wynikają z odmiennych kultur czy raczej osobowości. Moje doświadczenia z mężem, jego rodziną i znajomymi nie są generalizacją pewnych cech związanych z narodowością. Być może w związku z Polakiem osobowościowo zbliżonym do Minha, byłoby podobnie.

    Jeśli jednak chodzi o nasze małżeństwo, to przede wszystkim nastawieni jesteśmy na dialog i poznawanie światopoglądu drugiej osoby. Pamiętam moment, gdy pewnego wieczoru siedzieliśmy pod kocem z herbatkami i poważną rozmowę na temat naszych różnic i wspólnego rozumienia związku. Mimo, że była to kłótnia, bardzo mile ją wspominam, ponieważ był to spokojny dialog z nastawieniem na poznanie siebie i dopasowanie. Tego we wcześniejszych związkach nie doświadczałam. 

    Minh: W naszym małżeństwie czerpiemy z obu kultur: z azjatyckiej wzajemny szacunek, a z europejskiej partnerstwo.

     

    Czy staracie się „wczuć” w kulturę drugiej osoby?

    Agnieszka: Ostatnio Minh zadał mi ciekawe pytanie: „Czy czasami wydaje Ci się, że jesteś Azjatką?” Zaskoczyło mnie to, bo owszem zdarzało mi się. Nie chciałabym żeby wyszło tak, jak z tymi co jadą na 2 miesiące zagranicę i nie pamiętają po powrocie polskich słów, ale faktycznie czasami w towarzystwie azjatyckim zapominam o swoim innym wyglądzie.  

    Minh: Ja  mam tak samo. Często zapominam, że jestem Azjatą. Dopiero jak spojrzę w lustro to sobie przypominam, że jednak wyglądam trochę inaczejJ

     

    Jak radzicie sobie z barierą językową?

    Agnieszka: Minh ma bardzo dobry akcent i świetnie mówi po Polsku. Język nie stanowi dla nas na co dzień bariery. Jednak zdarzały się momenty, gdy pomimo zbliżonych intencji, z powodu bariery językowej, nie mogliśmy dojść do porozumienia. Mąż niektóre polskie słowa rozumiał „po wietnamsku” – czyli nadawał im takie znaczenie jakie mają w kulturze wietnamskiej. Aby w przyszłości  uniknąć takich sytuacji, w chwilach nieporozumienia szukamy wspólnych definicji słów/pojęć, by upewnić się że rozumiemy je tak samo. Powstrzymujemy się od pochopnej interpretacji zachowania. Staramy się po prostu dopytać  co druga strona ma na myśli.

    Natomiast jeśli chodzi o kontakty z teściami, bariera językowa istnieje. Tata Minha nie mówi tak biegle po polsku. Z mamą porozumiewam się po angielsku. Natomiast gdy rozmowa przy stole toczy się po wietnamsku, rozumiem jedynie to co ”wyłapię” z kontekstu. Jest mi wtedy zawsze bardzo przykro.

    Jak na Wasz związek zareagowała rodzina?

    Agnieszka: Ze strony rodziców Minha były pewne obiekcje. Akceptowali mnie jako koleżankę ale gdy usłyszeli, że mamy się pobrać ich reakcja była odmienna niż się spodziewaliśmy. Dowiedziałam się, że wynika to z tego jak postrzegane są przez Wietnamczyków kobiety z „Zachodu”. Było to dla mnie bardzo dużym i niemiłym zaskoczeniem. Poza tym, chyba też obawiali się różnic kulturowych.

    Na początku nie było mi z tym łatwo, ale teraz wszyscy jesteśmy do siebie życzliwie nastawieni, z każdą chwilą coraz bardziej stajemy się rodziną. Mam też cichą nadzieję, że teściowie mogli się przekonać, że pogląd na temat kobiet z „Zachodu” był zbytnią generalizacją.

    Co było największym kulturowym zaskoczeniem?

    Agnieszka: Nowością dla mnie był kult przodków.Wietnamczycy „rozmawiają” podczas modlitw z osobami zmarłymi. W domach są ołtarzyki ze zdjęciami bliskich zmarłych. Składa się na nich owoce i kwiaty. Myślę, że dzięki temu łatwiej jest znieść nadchodzącą śmierć. Człowiek ma świadomość, że będą o nim pamiętać. U nas osoby zmarłe często są zapomniane a ich groby odwiedza się najczęście tylko na Święto Zmarłych. Dla Wietnamczyków każda okazja jest dobra aby porozmawiać ze zmarłymi. Uważam to  za bardzo cenną tradycję, którą chciałabym w przyszłości podtrzymywać.

    Mile zaskoczyła mnie również kuchnia wietnamska oraz sposób jedzenia. Okazało się, że chyba wolę jeść pałeczkami o czym Minh dowie się dopiero teraz z tego wywiadu i pewnie będzie w szokuJ.

    Co było najtrudniejsze do zaakceptowania?

    Agnieszka: To co było dla mnie bardzo trudne, to uzależnianie niektórych ważnych decyzji od horoskopu.  Wiem, że i w Polsce są osoby, które w nie wierzą. Ja jednak wcześniej nie spotkałam się z tym na taką skalę, więc to było dla mnie szokiem. Z oswojeniem się z tym mam w dalszym ciągu kłopot, choć na szczęście ten temat poruszony był u nas tylko trzy razy*.

    Inną trudną do zaakceptowania rzeczą, było to, że czułam na nas ludzkie spojrzenia, gdy szliśmy razem.  Nigdy nie lubiłam jak ktoś mi się na ulicy przyglądał a jak szliśmy razem, miałam wrażenie, że co druga osoba na nas patrzy. Musiałam ze sobą powalczyć, aby przekonać się, że te spojrzenia to bardziej moja wyobraźnia. Teraz już ich nie zauważam.

    ( *NotkaWietnamczycy konsultują z wróżbitą ważne wydarzenia życiowe takie jak wybór współmałżonka, datę zaręczyn czy ślubu)

    Czy chcielibyście by Wasze dzieci poznały smak dwóch kultur?

    Agnieszka: Gdy będziemy mieli dziecko, chciałabym żeby mówiło w dwóch językach. Będzie mogło mieć bliski kontakt z dziadkami z jednej i drugiej strony. Myślę, że wszyscy będą z tego rozwiązania zadowoleni.

    Minh: Myślę, że będziemy chcieli powtórzyć ten model, który funkcjonuje w naszym związku – będziemy się starali brać garściami to co uważamy za najlepsze z obydwu kultur.

    Polacy i Wietnamczycy – czego możemy się od siebie nauczyć?

    Agnieszka: Będąc w Wietnamie zauważyłam, że ludzie nie są tam samotnikami. Rodziny i znajomi wspierają się. Spędzają ze sobą dużo czasu. Na początku było dla mnie nawet za dużo! Nie byłam przyzwyczajona aż tak często widywać się z rodziną. Z perspektywy czasu myślę jednak, że tak jest po prostu łatwiej. Człowiek czuje, że nie jest na świecie sam i ma więcej bliskich, w których może mieć  oparcie.

    Czy łączycie tradycje polskie i wietnamskie?

    Agnieszka: Tak, korzystamy z obu tradycji. Minhowi nie było ciężko zaakceptować naszą „choinkę” a mi wietnamskiego Nowego Roku późną zimą lub wczesną wiosną. Mamy więc trochę więcej świąt niż przeciętna monokulturowa paraJ No i mieliśmy dwa wesela wg obu zwyczajów! J

    Minh: To najlepszy aspekt łączenia się kultur: w ciągu roku mamy aż trzy duże święta i dwa Sylwestry. Oczywiście wszystkie obchodzimy z należytą pompą!

    Jaka jest recepta na udany związek mieszany?

    Agnieszka: Z pewnością osoby z różnych kultur planujące wspólne życie, powinny wiedzieć, że bycie w związku mieszanym to nie tylko inne święta czy inne jedzenie. To także inne postrzeganie świata, odmienne wartości, czasem niezrozumiałe. Taki związek wymaga wiele cierpliwości, gdyż nie zawsze można od razu pójść na kompromis.