Kategoria: Turystyka

  • Świątynia Literatury Văn Miếu

    W każdym przewodniku znajdziecie to miejsce na liście miejsc ” to trzeba koniecznie zwiedzić”. Może to zniechęcić niektórych, szukających nietuzinkowych wrażeń i nieodkrytych, tajemniczych miejsc. Ale Văn Miếu – Quốc Tử Giám (posłuchaj wymowyma trzy zalety, które moim zdaniem przemawiają za tym, by chociaż godzinkę swojego czasu przeznaczyć na spacer wąskimi alejkami wśród kroczących drzew:

    Oaza spokoju w centrum miasta

    Ha Noi nie należy do najcichszych i bardzo zielonych stolic. Zadbana zieleń Van Mieu, piękne stare drzewy, ukwiecone bonsai i majestatyczne kroczące drzewa oraz panująca tam względna cisza na pewno ukoją zmysły zmęczone klaksonieniem, smogiem i urbanistyczną dżunglą.

    Powiew orientu

     

    Posmak historii

     

    Godziny otwarcia:

     

    Świątynię można zwiedzać od wtorku do niedzieli, w godzinach od 8 – 15. Wyjątkowo, od 15 kwietnia do 15 października w godzinach od 7.30 rano do 17.30 po południu. Cena biletu jest symboliczna (10 000 dongów), dzieci poniżej 15 roku życia mają wstęp wolny.

  • Sa Pa – orzeźwiające wietnamskie Zakopane

    Wietnam to nie tylko antyczne miasteczka, piaszczyste nadmorskie plaże czy wielkie metropolie. Jest jedno takie miejsce, które szczególnie zapada w pamięć. Klimat ma łagodny, w upalne wietnamskie lato – wręcz orzeźwiający.  Przypomina mi nasze Zakopane, mimo ze jest dużo spokojniejsze, atrakcji i hoteli jak w Zakopanem tam nie ma.Jest  tam zielono, „górzyście” i bardzo etnicznie. Mowa o Sa Pa.

    Atrakcje regionu

    W Sa Pa najlepiej spędzić 2-3 dni, które na pewno upłyną aktywnie i ciekawie. Na miłośników przyrody czekają parki botaniczne z pięknymi kolekcjami dzikich storczyków, zielone wzgórza z tarasami pół ryżowych oraz wodospady i górskie ścieżki dla spacerowiczów. Żądni mocniejszych wrażeń mogą wypożyczyć motor, by eksplorować spowite we mgle serpentyny górskich dróg, udać się na szczyt Fansipan lub wybrać się na pieszą wycieczkę w głąb wiosek, by podpatrzeć z bliska życie tamtejszych mniejszości.

    Miasteczko

    W miasteczku miło spędzimy czas jedząc, pijąc i podziwiając widoki z tarasów lokali oraz robiąc zakupy. Kręte i ciasne uliczki roją się od turystów, wszędzie widać witryny z pamiątkami i grupki kolorowo ubranych handlarzy, którzy choć potrafią być niekiedy bardzo namolni, stanowią nieodłączny element krajobrazu. Życie płynie tutaj ogólnie raczej wolno i spokojnie, można odpocząć od zgiełku miasta i klaksonienia.

    Wioski mniejszości etnicznych

    Czerwoni Dao i Hmongowie chętnie goszczą w swoich progach turystów. Dzieci od najmłodszych lat uczą się  angielskiego rozmawiając z turystami, dlatego można dowiedzieć się wiele ciekawostek o ich życiu w górach i zwyczajach. Za gościnę i przewodnictwo nie pobierają żadnych opłat, ale na koniec spotkania proponują sprzedaż swoich wyrobów. Trzeba uważać, gdyż nie wszystkie jest rękodziełem, a i ceny jakie proponują też warto stargować.


    Wyprawa na szczyt

    Dla amatorów pieszych wędrówek Sa Pa oferuje trekking na szczyt Fansipan (3 143 m.n.p.m). Można wybrać dłuższą, ale spokojnieszą trasę. Są też ścieżki dla prawdziwych twardzieli. Jest to wyprawa na 2-3 dni, z nocowaniem – konieczne zatem jest wyposażenie typowe dla wspinaczek górskich, niezbędne medykamenty oraz ciepła odzież.

    Granica z Chinami

    Z Sa Pa jest już bardzo blisko do granicy z Chinami. Jeszcze po stronie wietnamskiej zobaczymy nieco odmienną architekturę, poczujemy też inny niż w Sa Pa klimat. Jeśli już ktoś zawita w te rejony, warto zobaczyć marmurowe rzeźby chińskich znaków zodiaków, malowniczo położone u stóp olbrzymiego kroczącego drzewa. Jeśli ktoś chce jednak przekroczyć granicę, trzeba pamiętać, że aby dostać się do Chin, potrzebna jest wiza.

    Targ w Bac Ha

    Około 100 km od Sa Pa, w godzinach od 8 rano do południa, na targu w Bac Ha zbierają się handlarze oferując swoje usługi i wyroby mieszkańcom okolicznych wiosek oraz przyjezdnym z dalszych rejonów. Żeby dotrzeć z Sa Pa na czas, konieczna będzie bardzo wczesna pobudka i ok.3 godzinna jazda busikiem. Miejscowi handlują tam bydłem i oferują wszelakie usługi rzemieślnicze, turyści zaś zaopatrują się w kolorowe rękodzieła. Większość produktów atrakcyjnych dla turystów jest dostępna również w Sa Pa. Dlatego jest tu raczej lokalnie a mniejszości etniczne są tu zdecydowaną większością 🙂

    Kulinaria

    W górskim rejonie Sa Pa warto zasmakować tamtejszych smaków. W miasteczku dostaniemy potrawy europejskie i oraz z tradycyjnej kuchni wietnamskiej, ale specjalnością tego górskiego rejonu są dania grilowane „dac san nuong Sa Pa”. Na pewno przyjdzie nam skosztować grilowanego jajka, kukurydzy czy aromatycznego ryżu w bambusowych pałeczkach. Ryż tak przygotowany, dzięki procesowi grilowania w pałeczkach, ma niepowtarzalny, „zielony” smak. Najlepiej jednak smakuje na ciepło z szaszłykiem z wieprzowiną i świeżymi ziołami.

    Wszelkiego rodzaju mięsa z grilla, zapiekane, smażone – na wszelki wypadek lepiej spożywać w towarzystwie trunków wysokoprocentowych lub wozić ze sobą dobrze zaopatrzoną apteczkę. Niestety ja o słuszności takiego podejścia przekonałam się już po fakcie. Rozważcie tę radę – szkoda czasu na zwiedzanie hotelowego pokoju, gdy za oknem górskie szczyty wzywają do eksplorowania!

    Przebywając na targu w Bac Ha na pewno nie umkną naszej uwadze stoiska z parującymi kotłami. Przygotowywane w nich są  gulasze” z koniny, czyli „thắng cố”. Ponieważ „nic nie może się zmarnować”, do przygotowania gulaszu wykorzystuje się wszystkie elementy składowe konia – WSZYSTKIE. Niestety takie praktyczne podejście nie jest bez znaczenia, jeśli chodzi o wizualną stronę tej potrawy. Jak smakuje niestety nie wiem, bo nie odważyłam się spróbować. Może Wy się skusicie?

    Jak dojechać

    Miasteczko Sa Pa leży w północnej prowincji Wietnamu Lao Cai. Najwygodniej dotrzeć tam nocnym pociągiem z Ha Noi. Pociągi do Sa Pa odjeżdżają ze stacji na ulicy 120 Le Duan w dzielnicy Dong Da. Cena biletu waha się od 16$ za brak wygód, do 30$ za pociąg z klimatyzacją i rozkładanymi fotelami. Wypróbowałam obydwie opcje i zdecydowanie polecam droższą, ale wygodniejszą. Kilka dolarów różnicy nijak się ma do komfortu snu, klimatyzacji i pewnego miejsca siedzącego! Następnie busikiem ok.2 godzin trzeba z Lao Cai dojechać do miasteczka Sa Pa. Cena biletu za busik również zależy od środka lokomocji: najtaniej można już od kilku dolarów. Za luksus podróżowania Pajero Mini  z klimatyzacją i sprawnymi resorami możemy zapłacić nawet 40$.

  • Jezioro Ho Tay w Ha Noi

     

    Historia

    Geograficznie jezioro Hồ Tây (posłuchaj wymowy) swój początek wzięło w nurcie Rzeki Czerwonej. Istnieje kilka legend mówiących o jego początkach.

    Jedna z nich podaje, iż zostało uformowane w walce protoplasty narodu wietnamskiego, smoczego pana Lac Long Quan i lisiego ducha, stąd nosiło swego czasu nazwę „bagna lisich zwłok”.

    Inna legenda podaje nazwę „Jezioro złotego bawoła”. Ponoć po utracie swego cielęcia rozzłoszczone zwierzę wyryło swoimi kopytami ogromny dół i tak powstało jezioro..

    W XXI wieku jezioro nazywano „Zamglonym jeziorem”, od częstych i gęstych mgieł jakie unoszą się nad jego wodami. Ostatecznie od XVI wieku nazywane jest „Zachodnim Jeziorem”, aż po dziś dzień.

    Ho Tay dziś

    Wokół jeziora zgromadzonych jest kilka najważniejszych punktów Ha Noi: najstarsza pagoda w Wietnamie Tran Quoc,  jedna z czterech „starożytnych świętych świątyń” świątynia Quan Thanh.

    Wietnamczycy lubią przyjeżdżać tu na motorkach i nad brzegiem jeziora wypić szklaneczkę soku kokosowego zadumać się na chwilę nad ogromną taflą wody. Inną ulubioną rozrywką, szczególnie w upalne wieczory lata jest przejażdżka rowerkiem wodnym w kształcie łabędzia.

    Zobaczcie jak dziś Hồ Tây oczarowuje swoim widokiem – zapraszam do obejrzenia zdjęć autorstwa Bang Lang.

  • Specjały z Ha Noi – bun thang

     

    Bún thang – feeria smaków, barw i zapachów

    Każdy region Wietnamu ma swoje specjały. Przyjrzyjmy się bliżej jednemu z hanojskich przysmaków – rosołowi „bún thang”. Wyjątkowość tego dania polega na niespotykanej kompozycji. Wywar, o słodkawym smaku, gotuje się na kościach drobiowych, wieprzowych oraz suszonych krewetkach. Dodaje się następnie śnieżnobiały, cienki makaron ryżowy. Nie może zabraknąć mięsnej wkładki, czyli kawałków mięsa z piersi oraz udka kurczaka. Jest również „mortadelka” wietnamska z cielęciny. Paletę kolorów uzupełnia żółte jajko pokrojone w cieniuteńskie paseczki. Miska bún thang przybrana jest zielonymi ziołami: świeżą kolendrą, liśćmi rdestowca, szczypiorkiem z młodej cebulki i pokrojoną dymką. Całość dopełniają:  sos rybny, ocet oraz 1, maksymalnie 2 krople „dầu cà cuống” (esencja z feromonu owada Lethoceris indicus z gatunku pluskwiaków), który przyprawia całość o ostrą, niespotykaną w polskiej kuchni, nutę.

     

    Najsmaczniejsze bún thang w Hà Nội serwuje sie obecnie w 4 miejscach: 59 Hàng Lược, 28 Liễu Giai, 144 D2 Giảng Võ oraz 48 Cầu Gỗ. W każdym z tych lokali smakuje nieco inaczej, więc pewnie najlepiej spróbować we wszystkich!

     

    A poniżej gotowanie na ekranie dla ciekawskich:

  • Z Torunia do Ha Noi za jeden uśmiech

    Wietnam przyciąga jak magnes. Historia Krzyśka Sz. z Torunia jest tego dowodem. W najśmielszych marzeniach nie planował tak egzotycznej podróży. Ale los sprawił mu miłą niespodziankę :)….

    Nie trafiłeś do Wietnamu jak większość turystów, to była prawdziwie „wygrana na loterii”!

    Tak. Wycieczkę do Wietnamu wygrałem w konkursie organizowanym przez firmę, w której pracuję. Całą sytuacją byłem strasznie podekscytowany, ponieważ nigdy tak naprawdę nie byłem za granicą. Nie mogłem uwierzyć, że spotkało mnie takie szczęście i żeby nie zapeszyć nie chwaliłem się tą wygraną. Powiedziałem o tym jedynie najbliższej rodzinie i przyjaciołom. Pomyślałem „Uwierzę, jak wsiądę do samolotu”.

    I jak przywitało Cię Ha Noi?

    Gorącem i wilgotnością! Od razu dało się poczuć tropikalny klimat po wyjściu z klimatyzowanego samolotu. Ciężko się oddychało, optyka w aparacie skapitulowała. Dopiero po paru minutach organizm się przyzwyczaił, a lustra w aparacie odparowały i można było pstrykać zdjęcia.

    Co Cię najbardziej zaskoczyło?

    Cały czas jestem pod wrażeniem tego, jak zorganizowany jest ruch drogowy w Wietnamie. W trakcie pobytu było parę sytuacji, które wzbudzały we mnie skrajne emocje: od śmiechu po przerażenie.

    Na rondo wszyscy wjeżdżają bez jakichkolwiek zasad pierwszeństwa. Skutery, rowery, autobusy, auta – wszyscy mijają się centymetry od siebie. Do tego na okrągło trąbią i dźwięk klaksonów dudni w uszach. Kierowcy używają klaksonów do wszystkiego: by zasygnalizować skręcanie, wyprzedzając, dając znać pieszym że jadą za nimi. Zauważyłem, że jedyna zasada jaką się kierują na drodze to „Większy pojazd, z głośniejszym klaksonem ma pierwszeństwo i trzeba mu się usuwać z drogi”.

    Również komunikacja miejska rządzi się swoimi prawami. Raz  byłem świadkiem sceny, jak autobus miejski po kilku minutach czekania, by wjechać na skrzyżowanie – zwyczajnie wjechał na chodnik i je objechał!

    Do tego Wietnamczycy na skuterze potrafią przewieźć dosłownie wszystko – począwszy od kilku świnek, po wielką szafę rozebraną na części. Widziałem też 5-ciu Wietnamczyków jadących na jednym skuterze. Jakby tego było mało, kierowca jechał i  pisał jeszcze SMSa na komórce.

    Czy Wietnam kojarzy Ci się z hałaśliwym miastem czy egzotyczną przyrodą?

    W mieście faktycznie jest tłoczno i głośno, ale wycieczka po Ha Long pokazała mi, że można tam też znaleźć miejsca dla ukojenia zmysłów. Widoki zapierały dech w piersiach, pogodę mieliśmy piękną, pływalismy luksusową łodzią o wysokim standardzie, personel na łodzi był dla nas bardzo miły. Zwiedzaliśmy pływające wioski. To było bardzo ciekawe doświadczenie.  Widziałem jak ludzie tam żyją, jak łowią ryby, można było zamienić parę słów, podobało się to, że wszyscy byli bardzo zaangażowani w swoje obowiązki – dorośli, dzieci, całe rodziny. Mimo, że słyszy się, że nie mają łatwo, nie zarabiają dużo – widać po nich, że dają radę i cieszą się z życia, u każdego na twarzy rysował się uśmiech. Pływaliśmy też kajakami po zatoce wśród wapiennych skał. Niektóre z nich były tak wyżłobione przez wodę, że można było przepłynąć pod nimi. Widoki niesamowite!

    W programie wycieczki była też niespodzianka. Wieczorem zakotwiczyliśmy przy jakiejś plaży. Było już ciemno, więc kto chciał, zrzucał ciuchy i dawaj do wody! Noc była ciemna, woda bardzo ciepła, leżałem sobie na plecach kołysany wodą i patrzyłem w rozgwieżdżone niebo. Cudownie się wtedy czułem!

    .

    Jednym słowem rozkosz dla zmysłów! A co z podniebieniem, też było tak niebiańsko ?

    Jeśli ktoś lubi łososia, polecam spróbować w Wietnamie. To była prawdziwa rozkosz dla podniebienia. Świeży, miękki, rozpływał się w ustach, miał piękny i naturalny pomarańczowy kolor – po prostu przepyszny! Poza tym owoce: owoc smoka, arbuz, longany. Pierwszy raz też w Wietnamie spróbowałem „passion fruit”. Ma niesamowicie słodki i orzeźwiający smak. A na deser obowiązkowo „zielone ciasteczka ryżowe”.

    Skusiłem się też na parę potraw, gdzie do końca nie wiem co zjadłem. Miałem raz ochotę na porządny kawałek mięsa. Zjadłem przepyszną kiełbaskę, wyglądała jak nasze polskie parówki drobiowe. Ale nie wiem z czego była zrobiona, to już pozostanie tajemnica kucharza.

    Było też kilka potraw, na które się prawie skusiłem, ale w końcu nie odważyłem się skosztować. Na przykład miseczka zupy, która miała kawałki kosteczek w środku i wyglądała oraz pachniała jak nasza galaretka, tylko podawana na gorąco.

    Czy Wietnam jest dla turysty drogim krajem?

    Jak widać na zachowanym przez mnie paragonie, podatek VAT to jedyne 10%! Jak to zobaczyłem, pomyślałem sobie: W Polsce zarabiać, w Wietnamie żyć! Ale trzeba pamiętać, że ceny za towary i usługi dla turystów są wyższe.

    To oznacza, że trzeba się targować. Jak sobie z tym poradziłeś?

    Okazji do targowania się było sporo, niektóre były zabawne, innej mniej przyjemnie.

    Bardzo miło wspominam  kiedy w Ha Noi „dopadła nas” nas handlarka z koszulkami. Dobrze mówiła po angielsku, uśmiechała się i przyznam, że uległem i kupiłem. Nie utargowałem zbyt wiele, bo to były moje pierwsze zakupy w Wietnamie.

    Innym razem, w  Ha Long podeszła do mnie handlarka biżuterii z pereł.  Pociągnęła mnie za rękę, wcisnęła naszyjniki i zaczęło się targowanie, w języku angielskim. Utargowałem ile chciałem, ale koniec końców handlarka wydała mi o 10 USD za mało. Biegałem za nią i krzyczałem, żeby oddała ale okazało się, że przestała rozumieć angielski, powtarzała „I don’t understand”. Pomyślałem sobie „Ja ci dam nie rozumiem”! W końcu odpuściła,  widziała, że się nie poddaję. Pieniędzy jednak nie odzyskałem, wcisnęła mi za to w dłoń jeszcze 3 naszyjniki z pereł.

    Ciekawe wspomnienie związane z targowaniem się to handlarka koralików, którą spotkałem na wycieczce do pagody. Dosłownie włożyła mi na nadgarstek bransoletkę mówiąc „Remember me, souvenir, no money, for your save back from the jungle”. Kiedy już wracaliśmy, podeszła do mnie znów.  Chciałem jej zwrócić  bransoletkę, ale ona wciąż powtarzała „souvenir, no money”. Jednocześnie namawiała mnie na zakup innych koralików i naszyjników. Twardo obstawałem przy swoim, potem jednak żałowałem, że nic nie kupiłem. To była groszowa sprawa, a przyszła mi do głowy taka myśl, że może jakaś klątwa teraz na mnie rzucona jest przez tą bransoletkę?

    Czy jest jeszcze jakieś miejsce, które uważasz za warte polecenia?

    Wycieczka do groty Huong Tich była bardzo ciekawa, tajemnicza. Żeby tam dotrzeć, wzięliśmy z Ha Noi autobus do wioski My Duc, tam łodziami około godziny płynie się rzeką  Yen Vi. Kolejny etap, kto chciał – mógł pokonać kolejką. Ja wybrałem spacer. Trasa była trudna, cały czas schodki. Im bliżej groty to miałem wrażenie, że te schodki były coraz wyższe. Również wilgotność i temperatura powietrza dawały się szczególnie we znaki. Byłem cały mokry a pot dosłownie spływał ze mnie – do oczu, nosa, ust.  Uroki tropików, nie było na mnie ani jednej suchej części ubrania. Na własnej skórze przekonałem się, że w tym klimacie trzeba mieć zawsze nakrycie głowy. Kiedy już dotarliśmy do groty, moja głowa była dosłownie cała czerwona od słońca, chociaż cały czas było pochmurno. W samej grocie było bardzo tajemniczo. Słychać było jedynie odgłos kapiących ze skał kropel wody, przy bogato przystrojonych ołtarzach modliły się grupki ludzi.

    W trakcie wycieczki miał miejsce ciekawy incydent. Zauważyliśmy żółwia w misce. Był przywiązany sznurkiem do cegły i choć usilnie próbował, nie mógł sie wydostać. Tak nas wzruszył ten widok, że chcieliśmy go wykupić i uwolnić. Niestety handlarka podała cenę 40 dolarów i musieliśmy odpuścić.

     A co przywozi polski turysta na pamiątkę z wycieczki po Wietnamie?

    Najbardziej się cieszę z pięknej porcelany, ręcznie malowanej. Kupiłem ją już na lotnisku, więc przepłaciłem, ale nawet ten fakt nie odbiera mi radości z faktu jej posiadania. Przez całe 11 godzin w samolocie, trzymałem ją na kolanach, zawiniętą dodatkowo w moją bluzę z kapturem, żeby doleciała w jednym kawałku!

    Przywiozłem wiele typowo „wietnamskich” produktów:  „ryżówkę” Ruou Lua, kawy Trung Nguyen Creative, herbatę jaśminową, pałeczki. Chociaż raz w supermarkecie chciałem znaleźć „Traditional Vietnam tea” i wskazano mi na półce Liptona.

    Mam też nauczkę, żeby kupować od razu, bo potem może być okazji. I tak filtr do parzenia wietnamskiej kawy udało mi się kupić już w Polsce, na Allegro. Niestety wietnamskiego hełmu, czapki z gwiazdą czy jedwabnej koszulki nie mogę dostać nawet na ebay`u.

    Ponoć wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Chciałbyś wrócić do Wietnamu?

    Pobyt w Wietnamie wspominam wspaniale. Ujęła mnie kultura ludzi. Jako turyści, byliśmy bardzo szanowani, spotykaliśmy się na każdym kroku z życzliwością, serdecznością, uśmiechem. Śmiem twierdzić, że my Europejczycy, moglibyśmy się wiele uczyć od Azjatów.  Zauważyłem, że Wietnamczycy są bardzo pracowici, bez względu na rodzaj pracy jaką wykonują oraz zarobki jakie z niej czerpią. Większość ludzi, których mijałem na ulicy było uśmiechniętych i każdy był zajęty – każdy zapracowany, taki malutki chaos.

    Wietnamskie kobiety, nie dość że niektóre są zjawiskowo piękne to do tego są jeszcze wrażliwe, lojalne, cierpliwe, wyrozumiałe i bardzo zaradne. Dodatkowo niektóre są tak zjawisko piękne, że dla takiej Wietnamki można stracić głowę i chcieć już zostać tam na zawsze! Mając na uwadze historię tego kraju i jego bolesną historię, jestem naprawdę pełen szacunku dla jego mieszkańców. Nasza polska rzeczywistość wydaje mi się teraz bardziej szara. Chłód to nie tylko element naszego klimatu, ale też ludzie w Polsce częściej mają smutne twarze. Biorąc zatem pod uwagę życzliwość ludzi, urodę wietnamskich kobiet, różnorodność smaków, życzliwość ludzi i oczywiście niski VAT – zdecydowanie chciałbym wrócić do Wietnamu, by przeżyć kolejną przygodę!