Tag: historia

  • Zderzenie kultur poszerza horyzonty – wywiad Część 2

    Zderzenie kultur poszerza horyzonty – wywiad Część 2

     

    Zapraszam do lektury drugiej części wywiadu (część pierwsza tutaj). Tym razem poruszamy  kwestię integracji, różnic między pokoleniami Wietnamczyków mieszkających w Polsce czy też promowania kultury wietnamskiej. Kolejna ciekawa porcja ciekawych spostrzeżeń – zapraszamy do lektury i komentowania!

    Dansy, pląsy, wytrząchańce - takie tańce! Fot. by Adrian Rux

    Warszawa – inny wymiar Wietnamu

    Ziarnko: Czy Twoim zdaniem Wietnamczycy w Polsce to już „polscy Wietnamczycy”?  

     Adrian R.:  Wydaje mi się, że istnieje spore zróżnicowanie zintegrowania w tej grupie. Bazując na moich obserwacjach mogę wyróżnić 3 grupy Wietnamczyków mieszkających w Polsce:

    1. Wietnamczycy starszego pokolenia. Choć słyszę nieustannie, że dla własnych dzieci są surowymi rodzicami to wypowiadając się z własnej perspektywy twierdzę, że są oni przecudownie sympatycznymi ludźmi, bardzo kulturalnymi, szanującymi tradycję. Polaków lubią, choć niekoniecznie entuzjastycznie to okazują. Wielu z nich boi się Polaków, bo miało z nimi nieprzyjemne sytuacje. Ci wolą trzymać się na uboczu, w swoim towarzystwie, ale gdy nadarzy się okazja rozmowy – są bardzo mili, gościnni i serdeczni.
    2. Wietnamczycy między 20 a 30 rokiem życia. Właśnie z tej grupy mam najwięcej znajomych. Zauważam, że wyznają w życiu wiele wartości wypływających z tradycji i historii Wietnamu, które wpoili im ich rodzice. Są grzeczni, przyjacielscy, otwarci, pracowici, ambitni i można z nimi porozmawiać na wiele interesujących tematów. Mają dość „szerokie horyzonty” i duże pojęcie o świecie. Są świadomi tego, jakimi ludźmi chcą być, a także tego, na jakich ludzi pragną wychować swoje dzieci. Tutaj dodatkowo podzieliłbym ich na trzy grupy:
      •  „Wietnamczycy bardzo polscy ” – Niekiedy mówią o sobie „banany” – żółci na zewnątrz, biali w środku. Pośród Polaków unikają „wietnamskości” z racji na wiele irytujących ich w tym środowisku układów. Odnoszę wrażenie, jakoby zdawali sobie oni sprawę, że jeśli pozostaną w pobliżu środowiska ojczystego będzie im trudno zrealizować własne cele, bez kierownictwa rodziców, czy też spełnienia ich oczekiwań, którymi zazwyczaj mogłoby być ukończenie studiów tylko po to, aby później otworzyć orientalny bar, lub zająć się handlem.
      •  „Wietnamczycy wymieszani” – zadają się trochę z Wietnamczykami, trochę z Polakami. Są bardzo elastyczni. Przy Polakach zachowują się inaczej, przy Wietnamczykach inaczej. Tutaj może być trudno zaakceptować takie szybkie zmienianie się komuś kto podobnie, jak ja spędza z Wietnamczykami dużo czasu. Taka postawa może się wydawać nieszczera. Myślę, że ma ona dwa podłoża. Pierwsze z nich udowadnia, że Wietnamczycy znakomicie przystosowują się do każdego niemal otoczenia, a to wzbudza mój niekłamany podziw wobec nich!  Z kolei drugie podłoże wspomnianej „dwoistości” może, ale też nie musi, wynikać u niektórych z ich kompleksów. Dorastając wśród Polaków mogą niekiedy wstydzić się  swojej odmienności i pochodzenia, mogą czuć się z tego powodu gorsi,  wyalienowani, zagubieni, możliwe, że próbują określić własną tożsamość, dojrzeć do niej, by finalnie odnaleźć własne miejsce. Potwierdzałoby to wiele osobistych rozmów, które przeprowadziłem oraz moje własne obserwacje.
      • „Wietnamczycy wietnamscy” – To chyba jeden z najcięższych i raczej rzadko poruszanych przez Polaków związanych w jakiś sposób ze społecznością wietnamską tematów. Ci Wietnamczycy są bowiem wyjątkowo nieufni, z czym wcale się nie kryją, bywają też niegrzeczni i aroganccy w stosunku do obcych. Gdy są w swoim towarzystwie zachowują się tak jakbyś to ty był  w ich kraju, a nie odwrotnie. Jakkolwiek nieładnie to brzmi, ich zachowanie, spojrzenia i podśmiechiwanie się pod nosem również miłe nie jest. Wielu z nich nie mówi ani trochę po polsku. Dla nich Warszawa to po prostu jakiś inny wymiar Wietnamu. Nie poznali ani Polski, ani Polaków, choć w wielu przypadkach mieszkają tu od urodzenia albo od okresu dorastania. Nie są zainteresowani Polską. Zatrzymani pod kloszem przez rodziców, którzy wychowali ich w klimatach „Wólki Kosowskiej i okolic”. Oczywiście nie jest to sztywna reguła. Są wyjątki i również pośród takich można spotkać przemiłych osobników, z którymi rozmawiając  „na migi” można spędzić miło czas!
    1. Wietnamczycy „pokolenie Y”. Urodzeni w Polsce po roku 1995 – bardzo delikatny temat. Zazwyczaj – lecz nie zawsze, i muszę to podkreślić już na wstępie – są to bardzo rozpieszczone dzieciaki. Niejednokrotnie odniosłem wrażenie, że w ich mniemaniu pieniądze trzeba zarabiać po to, aby je mieć i pokazywać, nie po to, by za nie żyć. Liczą się imprezy, niekiedy zabawa z używkami i nie raz, nie dwa przygodny seks. Właściwie są jak polska młodzież, a raczej, jak każda inna obecna młodzież, tylko, że z tą charakterystyczną cechą mówiącą: „pokazuj ile masz pieniędzy, aby inni o tym wiedzieli”. Jestem zawiedziony niejedną sytuacją i niejedną usłyszaną opowieścią. W tej grupie przejawia się często brak lojalności, szacunku do drugiej osoby. Liczy się to, aby pobawić się z kimś kto akurat „jest przy kasie”, wydoić go i pójść sobie dalej w świat. Nie jest ważne tutaj Z KIM jesteś. Ważne jest przede wszystkim GDZIE. Z nauką też niekoniecznie jest tutaj idealnie. Zdarza się, że ktoś kibluje, nie uczy się, nie ma sprecyzowanych perspektyw ani planów.  Oczywiście warto byłoby jakimś sposobem studiować w USA, bo to modne i rodzice tego by chcieli, ponieważ to zawsze fantastyczna opcja pochwalenia się koleżance z boksu obok, że „syn/córka studiuje marketing w LA”. Niestety, znów wszystko sprowadza się do pospolitego i ulotnego lansu. Warto jednak pamiętać, że i tutaj zdarzają się wyjątki. Jest ich sporo. Nie każdy przecież „taki sam”.W towarzystwie kolegów i koleżanek z grupy, ze statuetką za zajęcie pierwszego miejsca w rundzie "Talent". Fot. by Adrian Rux

    Mosty ponad różnicami

    Ziarnko: Mówi się, że  się Wietnamczycy nie integrują z Polakami, są zamkniętą grupą. Jakie są Twoje wrażenia?

     Adrian R.:  To specyficzne środowisko. Nawet jeśli wydaje się czasami otwarte,  potrzeba wielu godzin i zrozumienia zanim sam poczujesz, że jest Ci wśród Wietnamczyków dobrze. I naprawdę wiele, wiele czasu nim poczujesz się akceptowany. Znajomość z Wietnamczykami polecam wszystkim, to wspaniali ludzie. Czy jednak polecam komuś codzienny kontakt i towarzystwo Wietnamczyków? Cóż, to niestety dość trudne. Nie oszukujmy się. U mnie zadziało się tak, że wpadłem w jakiś szalony wir. Spirala się nakręciła i poznałem wielu ludzi w jednym czasie. Natomiast ta grupa potrafi też szybko zamknąć swoje drzwi. Wszystko opiera się na wzajemnym zaufaniu. Gdy jednak już się narodzi, jest bardzo silne i owocuje wspaniałymi przyjaźniami. Należy też pamiętać, że jako Polacy nie możemy wymagać od Wietnamczyków zrozumienia jeśli sami nie spróbujemy ich zrozumieć. Prawda jest taka, że gdybym nie pokochał Wietnamczyków, gdybym nie wierzył, że bliskość z nimi wzbogaca mnie wewnętrznie- nie przyjaźniłbym się z nimi i wierzę, że w moim osobistym wymiarze byłbym znacznie uboższy.

    Ziarnko: Czy Twoim zdaniem w Warszawie robi się wystarczająco dużo, by budować polsko-wietnamskie mosty ponad różnicami?

    Adrian R.: Z roku na rok jest tego co raz więcej. Pod koniec 2013 roku sam zaangażowałem się w pomoc przy organizacji wydarzenia kulturalnego „Wietnam Ba Lan” i „Wietnam Ba Lan – TET Festiwal”, które odbyło się 2.02 w warszawskiej siedzibie Gazety Wyborczej.  Organizatorami akcji była sekcja Cudzoziemska Stowarzyszenia Wolnego Słowa oraz Stowarzyszenie Pracownia Twórcza Lubelska 30/32. Oba projekty miały na celu zbliżenie do siebie dwóch kultur i zacieśnienie więzów, które moim zdaniem, wciąż jest obu naszym społecznościom bardzo potrzebne. Uznałem, że mógłbym swoją znajomość z Wietnamczykami wykorzystać w celu promocji ich. Moim wkładem w wydarzenia kulturalne (zwłaszcza w drugie) było spojrzenie na nie oczyma Polaka i zaprezentowanie Polakom, tego czego chcieliby dowiedzieć się o Wietnamczykach. Dlatego też starałem się (i wciąż staram się) ukazać Wietnamczyków jako atrakcyjny naród pełen zalet i wspaniałych talentów. Uważam, że możemy się od siebie bardzo wiele nauczyć. Wierzę, że żyjąc obok siebie powinniśmy naszą codzienną rzeczywistość budować razem. Wystarczy chcieć! J A mówię to jako prawdziwy Warszawiak kochający to miasto i pragnący w jakiejś cząstce współtworzyć jego życie.

    Ziarnko: Czyli  sam też aktywnie promujesz wietnamską kulturę? 

    Adrian R.: Oczywiście, staram się na miarę swoich możliwości! W 2014 z okazji festiwalu integracyjnego Lua Viet 2014 (filmik z występu do obejrzenia poniżej) wyreżyserowałem spektakl grupy MIX, której też byłem członkiem. Nasza grupa jako jedyna składała się z Wietnamczyków i Polaków, stąd jej nazwa. Odpowiadałem za przygotowanie naszej grupy do rundy TALENT – choreografia, charakterystyka. W całym konkursie zajęliśmy miejsce trzecie, ale w rundzie talent pierwsze! A nadmienię, że była to runda najwyżej punktowana!

     

    Występ grupy zaczyna się od 12 minuty:)

     

     

    Ziarko: A teraz na zakończenie poproszę Cię o słowną promocję wielokulturowego stylu życia – co powiesz?

    Adrian. R.:  Stereotypy i nieśmiałość chowamy do szuflady, otwieramy się na innych i siebie dla innych!  Mnie Wietnamczycy bardzo wzbogacili. Dzięki przyjaźni z nimi nauczyłem się, że pewne dotyczące ich stereotypy są prawdziwe, a inne to jakiś głupi blef. Nie tak wiele nas od siebie różni! Owszem, wywodzą się z innej kultury, z dalekiej Azji,  pięknego Wietnamu. Mają skośne oczy, proste i ciemne włosy, ciemniejszy kolor skóry. A jednak w wielu kwestiach są tacy jak Polacy! Również mają swoje lęki i pragnienia. Także marzą, chcą kochać i być kochani. Nie lubię, gdy ktoś wypowiada się o nich w sposób „egzotyczny”, albo wyciąga na ich temat pochopne wnioski. Większość z nich jest błędna. Dla mnie Wietnamczycy są najwspanialsi pod słońcem, a to właśnie dlatego że tak zwyczajni, również ze swoimi wadami. Każda nacja je ma. I to właśnie nas do siebie zbliża.

     

    Na koniec Ziarnko chce dodać, że….

    Jest takie wietnamskie przysłowie „Đồng thanh tương ứng, đồng khí tương cầu” (odpowiednik polskiego „podobieństwa się przyciągają”). Jak jednak widać na przykładzie przyjaźni Adriana, wielka wartość i siła przyciągania ukryta jest też w różnicach! Dziękuję Ci za rozmowę i życzę powodzenia w budowaniu wspólnej wizji wielokulturowego świata.

    Czytelników Ziarnka zachęcam zaś do śmiałego podróżowania po fascynujących światach innych kultur – nie tylko wietnamskiej:)!

     

  • Zderzenie kultur poszerza horyzonty – wywiad Część I

    Zderzenie kultur poszerza horyzonty – wywiad Część I

    Zjawisko ścierania się i przenikania kultur jest FASCYNUJĄCE. W efekcie synergii powstają nowe wartości i style życia. Ludzie, którzy otwierają się na inne kultury i jednocześnie promują swoją własną wśród innych, potrafią znaleźć wspólny mianownik dla wielokulturowej realcji.

    Takim właśnie człowiekiem jest Adrian Rux. Oddaję do Waszej dyspozycji bardzo emocjonalny opis słowny zderzenia kultur w życiu tego Polaka, który ukochał „wietnamskość” i  Wietnamczyków.  Polsko-wietnamskie relacje to wybuchowa mieszanka: wartości Wschodu i Zachodu ścierają się ze sobą dając początek przyjaźniom ponad różnicami kulturowymi.

    Adrian Rux, sercem obywatel świata.

    Ziarnko: Jesteś uosobieniem wielokulturowości: Polak, z francuskimi korzeniami, kontytunację studiów przewidujesz w Chinach, w Twoich przyjaźniach widać zdecydowany akcent wietnamski. Nie za dużo tego jak na jedną osobę?:)

    Adrian R.: Ależ skąd, ja dopiero sie rozkręcam! Uważam, że poznawanie innych kultur poszerza nasze horyzonty, możemy się od siebie bardzo wiele nauczyć. Otwarcie na różnice to klucz do nawiązywania przyjaźni, ciekawych dyskusji, dialogu.

    Ziarnko: Czym się zajmujesz na co dzień?

    Adrian R.: Od szóstego roku życia związany jestem z aktorstwem, jednakże w chwili obecnej rozwijam swoją pasję reżyserską. Reżyseria daje mi możliwość pracy z tekstami oraz ich tworzenia.

    Ziarnko: Jakie są Twoje zainteresowania?

    Adrian R.: Interesuje mnie wszystko co związane jest z Azją Wschodnią. Uwielbiam historię i kulturę Chin, pasjonują mnie wpływ Chin na kraje sąsiadujące. Moją specjalizacją z Chin jest mandżurska dynastia Qing (ostatnia dynastia cesarska panująca w Chinach do 1912 roku). Niestety z powodów zdrowotnych musiałem zawiesić studia w Pekinie.

    Od 2011 roku jestem związany z warszawskimi Wietnamczykami i jestem w nich zakochany.

    Ponieważ pasjonują mnie ludzie oraz różnorodność ich zainteresowań, poglądów, wyznań zawsze chętnie biorę udział i inicjuję wszelakie dyskusje dotyczące Wietnamczyków żyjących w Polsce oraz procesu ich integracji z Polakami.

    Ziarnko: Jakie są początki Twoich polsko-wietnamskich przyjaźni.

    Adrian R.: Moja zażyłość z Wietnamczykami zaczęła się od odrobiny ciekawości, dużej dawki naturalnego przebiegu wydarzeń i wreszcie przypadku. Pierwszego Wietnamczyka poznałem jeszcze w szkole podstawowej. Siedział ze mną w ławce. Był jednym z najlepszych uczniów w klasie, znajdując się w czołówce „najszybciej uczących się pisać” dzieci. Ponadto, znakomicie liczył i nigdy nie przyszedł do szkoły nieprzygotowany. Dobrze pamiętam, że był znacznie bardziej zdyscyplinowany od innych dzieci. Grzeczny, ułożony, niezbyt głośny – czasem sprawiający wrażenie nieprzystępnego, wręcz wyobcowanego. Nie zmienia to jednak faktu, że był bardzo dobrym i powszechnie lubianym kolegą. Nasza znajomość przetrwała do dziś, tak więc w tej całej „nieprzystępności” chyba bardziej chodziło o jego specyficzny charakter.

    Natomiast moja „stała” znajomość z Wietnamczykami zaczęła się od krótkometrażowego filmu „Tuan”, który przygotowywałem do swojego portfolio. Bohaterami mojej etiudy jest przyrodnie rodzeństwo: Polak i niewiele od niego młodszy Wietnamczyk. Naturalnie musiałem zaangażować do tego projektu Wietnamczyków, co okazało się zadaniem bardzo trudnym – poszukiwałem nie tylko odtwórcy jednej z głównych ról, ale także jego filmowych kolegów i koleżanek, wietnamskiej opiekunki, tańczących Wietnamek i wreszcie aktora, który zagrałby wietnamskiego kucharza. Wszystko się udało! Choć łatwo nie było…

    Ziarnko: Dlaczego?

    Adrian R.: Po pierwsze, nie wszyscy Wietnamczycy chętnie angażują się w wolontariat. Najlepiej, gdy przy okazji jest szansa zarobku – zwłaszcza łatwego. Mam porównanie, ponieważ wcześniej znalezienie choćby trzydziestu statystów Polaków do mojego projektu było dla mnie kwestią piętnastu minut. Drugim problemem okazała się nieśmiałość Wietnamczyków. Choć niestety ze smutkiem stwierdzam, że przeważyła chęć łatwego zarobku. Godzinami przesiadywałem na Facebooku i wypisywałem wiadomości do wszystkich możliwych Wietnamczyków. Wielu z nich już na wstępie podziękowało mi za udział w filmie kręconym przez młodych ludzi „bez wynagrodzenia”. Szczęśliwie – po dwóch miesiącach poszukiwań – udało mi się skompletować całą obsadę. I tak to wszystko się zaczęło…

    Ziarnko: W Waszych relacjach dominują cechy kultury polskiej czy wietnamskiej?

    Adrian R.: Nie ma dominacji, jest raczej uzupełnianie się. Dziś mam nieraz wrażenie, że obydwie kultury przenikają się i zlewają w całość. W towarzystwie Wietnamczyków czuję się już swobodnie, jak ryba w wodzie. Do tego stopnia, że gdyby ktoś zapytał mnie o różnice między Polakami i Wietnamczykami nie wiedziałbym, co właściwie odpowiedzieć. Gdy jestem wśród Wietnamczyków uśmiecham się do siebie i przyznaję, że już nie umiałbym wyobrazić sobie dobrej imprezy albo wyjścia bez Azjatów. Moi biali znajomi tego nie rozumieją. Czasami zarzucają mi, że faworyzuję Wietnamczyków, ale nic na to nie poradzę, bo tak jest!

    Nie oznacza to wcale, że nie zdarzyło mi się nigdy poczuć wśród Wietnamczyków zagubionym. Czasem zdarzają się sytuacje, których jako Polak nie umiem zrozumieć, czasem nawet nie chcę. Jednak wierzę, że do wszystkiego można się przyzwyczaić. Poza tym jeżeli kolega/koleżanka Wietnamczyk jest wyrozumiały/a, to nigdy nie pozwoli ci czuć się nieswojo w jego/jej towarzystwie.

    Ziarnko: Jakie cechy, postawy Wietnamczyków są dla Ciebie inspiracją ?

    Adrian R.: U Wietnamczyków lubię bezpośredniość. Bywają szczerzy do bólu, ale najczęściej nie z przekąsem. Po prostu mówią, co myślą.

    Imponuje mi szacunek jaki Wietnamczycy okazują starszym. Żaden mój kolega nie sprowokuje kłótni ze starszym od siebie Wietnamczykiem lub Wietnamką – nawet z Polakiem i nawet jeśli mówimy tutaj o różnicy dwóch, trzech lat. Po kilku głębszych oczywiście mogą wystąpić różne sytuacje, ale zazwyczaj uważnie tego pilnują.

    Uwielbiam PRAWDZIWE wietnamskie jedzenie. Nie rozumiem, dlaczego Wietnamczycy nie chcą z nim „wyjść” do Polaków. Wietnamki są bardzo kulturalne, nie tak krzykliwe jak niektóre Polki. Z drugiej strony zastanawiający jest fakt, jak bardzo niektóre (podkreślam NIEKTÓRE) młode Wietnamki są podatne na gruby portfel i jak istotną rolę ogrywa on w ich życiu.

    Ziarnko: A czy są jakieś „nie lubię”?

    Adrian R.: Nie lubię, gdy Wietnamczycy rozmawiają w moim towarzystwie po wietnamsku. Zawsze zwracam na to uwagę. Zazwyczaj szybko mnie przepraszają i przechodzą na język polski. Chodzi oczywiście o sytuację, gdy np. siedzimy razem przy stole, albo idziemy gdzieś w swoim towarzystwie. Przyznaję też, że trudno mi się przyzwyczaić do azjatyckiego sposobu spożywania posiłków. Całym sercem rozumiem obyczaje i pojęcie okazywania szacunku gospodarzom według kultury wietnamskiej, ale ponieważ sam zostałem wychowany według modelu zachodniego, na dźwięk „ssącego się makaronu” lub mlaskania automatycznie włącza mi się czerwona lampka.

    Inną sprawą jest to, że Wietnamczycy troszkę inaczej pojmują gust modowy. Ponieważ dla niektórych z nich ważna jest przede wszystkim marka, niekiedy wrzucają na siebie wszystko, co się da. A to czasami moim zdaniem wygląda kiczowato. Trzeba jednak przyznać, że Wietnamczycy, którzy mają gust, ubierają się znacznie lepiej i z większym wyczuciem mody niż Polacy.

    Nie wszyscy wiedzą też, że niektórzy Wietnamczycy to straszni PLOTKARZE!!! Trzeba uważać na to co i komu się mówi. Żadna tajemnica się nie uchowa.

    Trudno mi zaakceptować fakt, że wietnamscy rodzicie bywają bardzo surowi dla swoich dzieci. Czasami przykro mi, gdy widzę, jak mój przyjaciel smuci się, że „zawiedzie rodziców”. Jest to jednak inna kultura i potrafię zrozumieć, że między innymi poprzez stawianie dużych wymagań okazują dzieciom miłość. Natomiast żal mi młodych Wietnamczyków, ponieważ czasem odnoszę wrażenie, że są wychowywani tak jakby wciąż żyli w Wietnamie, a przecież będąc w Polsce dorastają już w zupełnie innej rzeczywistości niż ich rodzice. Przez to może pogłębiać się w nich poczucie braku przynależności.

    Wietnamczycy mają też wybuchowy temperament: wytrącony z równowagi Wietnamczyk bywa tragicznie denerwujący i wtedy może być uszczypliwy.

    Ziarnko: Dokończ zdanie „Przyjaciel Wietnamczyk…”

    Adrian R.: Przyjaciel Wietnamczyk jest bardzo czuły. Nie wstydzi się – to zaskoczenie – okazywać ci swoich uczuć, np. przytulić cię. Jeśli może pokazać ci, że jesteś dla niego ważny, zrobi to przy każdej okazji i pójdzie na niejedno ustępstwo, by sprawić ci przyjemność. Wietnamczycy są bardzo namiętni. Choć z początku wycofani i ostrożni, gdy się otworzą potrafią pokazać ci cały swój niezwykły świat. Wietnamczyk zna znaczenia słów: „przyjaźń” i „lojalność”.

    Przyjaciel Wietnamczyk nie zniesie twojego cierpienia. ZAWSZE stanie w twojej obronie i nie pozwoli, by ktoś cię skrzywdził. Choćby miało go to kosztować kilka zębów. Może czasem i nazbyt impulsywnie, ale reaguje od razu. Wietnamczyk, jeśli oczywiście nie mamy do czynienia z zagorzałym plotkarzem,  jest fantastycznym słuchaczem i dobrze doradza.

    Ziarko: Czyli odkładamy stereotypy i nieśmiałość do szuflady i próbujemy innym kulturom przyjrzeć się z bliska?

    Adrian. R.: Zdecydowanie tak. Mnie Wietnamczycy bardzo wzbogacili. Dzięki przyjaźni z nimi nauczyłem się, że pewne dotyczące ich stereotypy są prawdziwe, a inne to jakiś głupi blef. Nie tak wiele nas od siebie różni! Owszem, wywodzą się z innej kultury, z dalekiej Azji,  pięknego Wietnamu. Mają skośne oczy, proste i ciemne włosy, ciemniejszy kolor skóry. A jednak w wielu kwestiach są tacy jak Polacy! Również mają swoje lęki i pragnienia. Także marzą, chcą kochać i być kochani. Nie lubię, gdy ktoś wypowiada się o nich w sposób „egzotyczny”, albo wyciąga na ich temat pochopne wnioski. Większość z nich jest błędna. Dla mnie Wietnamczycy są najwspanialsi pod słońcem, a to właśnie dlatego że tak zwyczajni, również ze swoimi wadami. Każda nacja je ma. I to właśnie nas do siebie zbliża.

    Koniec części 1.

  • VoVinam i Viet Vo Dao, czyli wietnamskie sztuki walki

    VoVinam i Viet Vo Dao, czyli wietnamskie sztuki walki

    Czym jest VoVinam, jaka jest geneza wietnamskich sztuk walki Viet Vo Dao? Dowiecie się czytając artykuł wielkiego fana Azji, praktyka sztuk walki i wszystkiego co związane z Chinami i Wietnamem – Pawła Xiaolong.

     

     „Ludzie od najdawniejszych czasów obcują ze sztukami walki. Chroniąc się przed dziką zwierzyną, najeźdźcami czy polując, wykształcili niebezpieczne oręże z różnych przedmiotów, ale też ich własne ciała stały się bronią. Innym aspektem była i jest wciąż chęć rywalizacji z innymi, demonstrowaniu siły      i zwinności w walce, czemu służyły różne turnieje i zawody. W dawnych czasach takie pojedynki odbywały się na śmierć i życie.” Fragment z Dao Xin

    Początki Việt Võ Đạo

    Uniwersalność, praktyczność i tradycja Việt Võ Đạo ̣̣̣̣̣̣(Posluchaj wymowy) wydaje się być ponadczasowa. Są one obecne na na wszystkich kontynentach świata, dzięki nim ludzie Zachodu mogą poznać bliżej wietnamską historię i kulturę tego pięknego dalekiego kraju. Za miejsce narodzin sztuk walki uważa się Chiny i klasztor Shaolin, choć niektóre przekazy historyczne sugerują ich powstanie poza Azją. Egipt, Grecja i Macedonia, jako „te najstarsze cywilizacje”, postrzegane są często nie tylko, jako miejsca narodzin filozofii oraz techniki, ale także genezy sztuk wojennych. Dowodzą tego choćby malowidła ścienne odkryte w grobowcach Faraonów czy hieroglify wyryte na piramidach w Dolinie Nilu.

    Jeszcze inne źródła za ojca sztuk walki uważają samego Aleksandra Wielkiego, żyjącego w latach (356-323 p.n.e), który w czasie podboju Indii zaszczepił ponoć na terenie Azji znajomość greckiej szkoły walki wręcz. Jest to, jednak śmiała teoria, bowiem na długo przed nim w Tajlandii (* dawne Królestwo Syjamu), organizowano zawody gladiatorów walczących na gołe pięści, co wskazuje, że sztuki wojenne w Azji były znane o wiele wcześniej niż np. w Grecji czy Sparcie.

     Wietnam

    Praktycznie każdy kraj w Azji posiada swoją rodzimą sztukę walki. W Tajlandii boks tajski- muay thai urósł do rangi sportu narodowego, a koreańskie taekwondo stało się sportem olimpijskim, podobnie jak japońskie judo.

    Wietnamskie sztuki walki mają bardzo bogatą, wielowiekową spuściznę kulturową, trwającą prawie 5 000 lat. Ich korzenie sięgają czasów panowania dynastii Hung Vuong. Swój dalszy rozwój zawdzięczają w dużej mierze Chinom, pod których panowaniem „państwo Annamskie” znajdowało się przez bardzo długi okres czasu.

    Chronologicznie rozwój wietnamskich sztuk wojennych dzieli się na kilka etapów. Wachlarz terminologii, oraz ich historia jest tak obszerna, że zajęłaby kilka woluminów, których nie sposób umieścić w krótkim artykule. W związku, z tym postanowiłem opisać najistotniejsze fakty dotyczące tego tematu.

    Na początku był bunt

    Bardzo pomysłowi i waleczni Wietnamczycy „Wzięli, co się da z chińskich technik walki” i przekształcili to we własny system bojowy. O setki lat wyprzedzili słowa Bruce’a Lee, który uważał, że w walce liczy się „Efektywna Prostota” w uproszczeniu: – wszystko, co zbliża do celu, najszybsza droga do zwycięstwa, przy minimum ruchu.

    Wietnamski lud, chcąc się wyzwolić z pod jarzma chińskiego, zmuszony był walczyć o swoją niepodległość. Zaczęto, więc potajemnie uprawiać sztuki walki, wciąż doskonaląc i zmieniając techniki ofensywno – defensywne. W 40r. p.n.e, krótki zryw narodowy z siostrami Trung na czele był jednym z przejawów waleczności i znajomości sztuk walki.

    Kolejną ważną datą jest rok 544 n.e tak zwany okres Wiecznej wiosny ze względu na nazwę królestwa Van Xuan oznaczającego Niekończącą się Wiosnę. Wtedy to, wojowniczy Ly Bon doprowadził do przegranej wojsk chińskich i kraj ponownie mógł cieszyć się niezależnością. Wraz z nastaniem nowego cesarza kraj zyskał miano, Dai Co Viet oznaczające, Wielkie Królestwo Wietnamu.

    Za czasów panowania Dynastii Tran (1225- 1341) zaczęto rozpowszechniać sztuki walki w całym kraju, dostrzegając nie tylko ich aspekty obronne, ale także zdrowotne i mentalno-kondycyjne. Utworzono wtedy Uniwersytet Sztuk Walki, coś na wzór japońskich szkół Budo, gdzie absolwent po skończeniu całego cyklu szkoleniowego, mógł liczyć na zapewnienie sobie aprobaty i dobrej posady rządowej. Egzaminy wstępne były bardzo wymagające. Od kandydata oczekiwano nie tylko doskonałej kondycji, ale także wiedzy z zakresu literatury, sztuki, pisma Nom, filozofii, topografii, biegłości w walce białą bronią, jeździe konnej etc. Okres ten można śmiało nazwać „erą wojowników” i rozkwitu wietnamskiej sztuki walki.

    W 1285 r, gdy panowała dynastia Yuan, Kubilaj Chan (wnuk Dzingis Hana), wysłał swoje wojska do Kraju Dai Viet. Licząca prawie pół miliona armia została zdziesiątkowana nad rzeką Czerwoną przez o wiele mniejsze oddziały wietnamskie. Ukazuje to, jak wielkim duchem walki odznaczali się Wietnamczycy.

    VOVINAM

    Renesans dla wietnamskich sztuk walki przyszedł w latach 1938-1945 dzięki mistrzowi Nguyen Loc’owi, który dokonał fuzji pradawnych technik Vota ze współczesnymi tworząc Vo Vinam Viet Vo Dao. Wiele z elementów Vovinam zaabsorbowano do walki partyzanckiej z Francuzami, a następnie z amerykańskimi żołnierzami. Nie tylko dzięki dobrej organizacji, znajomości topografii terenu i taktyce wojennej Wietnamczycy pokonali i francuzów i liczniejszych, lepiej uzbrojonych amerykanów, lecz także w dużej mierze dzięki znajomości technik walki wręcz.

     W 1945r. w południowym Wietnamie powstał pierwszy związek sportowy- Tong Hoi The Duc The Tao Vietnam, w którym nauczano chińskich i wietnamskich tradycyjnych sztuk walki. Północno wietnamskie Stowarzyszenie Sztuk Walki Mistrza Nguyen Loc’a i Cu Ton skupiało w owym czasie ponad 2mln uczniów.

    W 1972r. powstała Światowa Federacja Viet Vo Dao. Zaczęto wtedy organizować pokazy poza Wietnamem i zakładać oddziały Viet Vo Dao na całym świecie.  Wietnamskie sztuki walki zaczęły przyciągać entuzjastów z całego świata. Pewnej pikanterii i rozgłosu dodały im niewątpliwie zachodnie filmy o tematyce wojny amerykańsko-wietnamskiej.

    W wietnamskich sztukach walki doszukać się można wielu cech i elementów pochodzących z chińskiego Kung Fu/Wu-shu, lecz bezgraniczna pomysłowość Wietnamczyków zaowocowała narodzinami własnej narodowej sztuki walki VOTA, obecne (Vovinam) podziwianej i chętnie uprawianej dziś na całym świecie.

    Wyróżnić możemy w niej wiele stylów opartych o chiński boks takich jak:

    Bach Hac- „Biały żuraw”, Han Dai- „Modląca się ręka”, Mac Ho- „styl czarnego tygrysa”, Tay Son Nhan- „styl Feniksa z gór”, Bach Mi Dao Nhan- oparta o chiński styl z klasztoru Emei

    „styl Człowieka z białymi brwiami”, Kim Ke- „Żółty kogut”, Vinh Xuan-„Piękna wiosna” – odpowiednik chińskiego Wing Chun, Viet Tai- wietnamskie-Tai Chi i wiele innych…

     Najbardziej rodzime style wietnamskie to: Vovinam Viet Vo Dao- „Duma Narodu”, Co Quyen- formy tradycyjne, Lam Son- „Górski Las”, Thanh Long- „Zielony smok”, Thieu Lam- „Szkoła dżungli”, Viet Vu Dao- „Droga wietnamskiego ruchu”, Vo Dang- „Szkoła gór” i wiele innych…

    Vovinam Viet Vo Dao, zrzeszające ponad trzydzieści krajów członkowskich, cieszy się dużą popularnością na świecie. W Sztuce tej charakterystyczną i bardzo widowiskową techniką są tak zwane „szczęki smoka”- Don Chan, polegające na zakładaniu nogami nożyc na kark przeciwnika. Znaleźć tu można także wiele dźwigni i rzutów. Viet Vo Dao jest chętnie uprawiane przez kobiety ze względu na swoje proste zastosowanie, niewymagające wiele siły fizycznej.

     Bibliografia:

    Historia Wietnamu, W Olszewski, wyd. Ossolineum – 1991

    Historia Chin, Fairbank John King wyd. Bellona

    Aleksander Wielki, Ryszard Kulesza, wyd. Mada 2009

    Sztuki walki Wschodu, Peter Levis, wyd. Rebis

    Viet Vo Dao, Ryszard Jóźwiak, wyd 1999

  • Świątynia Literatury Văn Miếu

    W każdym przewodniku znajdziecie to miejsce na liście miejsc ” to trzeba koniecznie zwiedzić”. Może to zniechęcić niektórych, szukających nietuzinkowych wrażeń i nieodkrytych, tajemniczych miejsc. Ale Văn Miếu – Quốc Tử Giám (posłuchaj wymowyma trzy zalety, które moim zdaniem przemawiają za tym, by chociaż godzinkę swojego czasu przeznaczyć na spacer wąskimi alejkami wśród kroczących drzew:

    Oaza spokoju w centrum miasta

    Ha Noi nie należy do najcichszych i bardzo zielonych stolic. Zadbana zieleń Van Mieu, piękne stare drzewy, ukwiecone bonsai i majestatyczne kroczące drzewa oraz panująca tam względna cisza na pewno ukoją zmysły zmęczone klaksonieniem, smogiem i urbanistyczną dżunglą.

    Powiew orientu

     

    Posmak historii

     

    Godziny otwarcia:

     

    Świątynię można zwiedzać od wtorku do niedzieli, w godzinach od 8 – 15. Wyjątkowo, od 15 kwietnia do 15 października w godzinach od 7.30 rano do 17.30 po południu. Cena biletu jest symboliczna (10 000 dongów), dzieci poniżej 15 roku życia mają wstęp wolny.

  • Heroiczne Siostry Trưng

    Heroiczne Siostry Trưng

    W Historii Wietnamu walczącego szczególnie chwalebnie zapisały się dwie kobiety, siostry Trưng. Kim były i czego dokonały?

    Od początku

    Siostry Trưng Trắc i Trưng Nhị urodziły się w północnym Wietnamie, w wojskowej rodzinie prefekta Mê Linh. Nie obca im zatem była znajomość sztuk walki oraz taktyki wojskowej. Starsza z sióstr, Trắc poślubiła  syna prefekta z sąsiedztwa, Thi Sách. W tamtym okresie Wietnam znajdował się nieprzerwanie od ponad 250 lat pod okupacją Chin. Thi Sách wzniecił rebelię przeciwko okupantowi, za co został ukarany śmiercią.

    Był to silny impuls dla Trưng Trắc i jej siostry Trưng Nhị, by kontynuować to wyzwoleńcze dzieło Thi Sách. Najpierw zorganizowały siły, które wyparły chińskie wojska z ich wioski. Następnie w 39 roku uformowały armię, która wyswobodziła cały naród wietnamski z niewoli. Siostry Trưng zostały nazwane „królowymi narodu wietnamskiego”.

    Niestety dobra passa trwała tylko 2 lata. Legenda głosi, że w ostatecznej bitwie, Chińczycy ruszyli do boju nago, co zbulwersowało Siostry Trưng i opuściły one pole bitwy. Brak dowódcy na polu walki miał ponoć bezpośredni wpływ na przegraną Wietnamczyków. W 43 roku obie siostry popełniły samobójstwo rzucając się wir rzeki Hát, by tym samym bronić swojego honoru oraz zakończyć nierówną i zdaną na klęskę walkę. Zdawały sobie sprawię, że kontynuacja walk mogłaby pochłonąć tysiące istnień.

     W pamięci narodu

     Przy tej historii warto również wspomnieć inna waleczną kobietę, Phung Thi Chinh, która dowodziła głównym oddziałem wojsk armii pod dowództwem Sióstr Trưng. Ponoć w czasie walk, Phung Thi Chinh była brzemienna  i powiła na polu bitwy. Jak głosi historia, i z maleństwem u boku oraz mieczem w ręce dzielnie prowadziła swoja oddziały do boju. Gdy dowiedziała się o samobójczej śmierci „królowych Trưng”, sama również odebrała życie sobie i swojego nowo narodzonemu dziecku.

    Obecnie pamięć o  „Hai Bà Trưng” ( dosłownie dwie panie Trưng) jest pielęgnowana rokrocznie w czasie święta na ich cześć obchodzonego w lutym, Od ich imienia nazwana jest zarówno cala dzielnica w centrum stolicy Wietnamu Hà Nội, jak i ulice i szkoły w większych miastach. Dla Wietnamczyków są one symbolem walki o niepodległość oraz waleczności kobiet.