Tag: opinie

  • Zderzenie kultur poszerza horyzonty – wywiad Część 2

    Zderzenie kultur poszerza horyzonty – wywiad Część 2

     

    Zapraszam do lektury drugiej części wywiadu (część pierwsza tutaj). Tym razem poruszamy  kwestię integracji, różnic między pokoleniami Wietnamczyków mieszkających w Polsce czy też promowania kultury wietnamskiej. Kolejna ciekawa porcja ciekawych spostrzeżeń – zapraszamy do lektury i komentowania!

    Dansy, pląsy, wytrząchańce - takie tańce! Fot. by Adrian Rux

    Warszawa – inny wymiar Wietnamu

    Ziarnko: Czy Twoim zdaniem Wietnamczycy w Polsce to już „polscy Wietnamczycy”?  

     Adrian R.:  Wydaje mi się, że istnieje spore zróżnicowanie zintegrowania w tej grupie. Bazując na moich obserwacjach mogę wyróżnić 3 grupy Wietnamczyków mieszkających w Polsce:

    1. Wietnamczycy starszego pokolenia. Choć słyszę nieustannie, że dla własnych dzieci są surowymi rodzicami to wypowiadając się z własnej perspektywy twierdzę, że są oni przecudownie sympatycznymi ludźmi, bardzo kulturalnymi, szanującymi tradycję. Polaków lubią, choć niekoniecznie entuzjastycznie to okazują. Wielu z nich boi się Polaków, bo miało z nimi nieprzyjemne sytuacje. Ci wolą trzymać się na uboczu, w swoim towarzystwie, ale gdy nadarzy się okazja rozmowy – są bardzo mili, gościnni i serdeczni.
    2. Wietnamczycy między 20 a 30 rokiem życia. Właśnie z tej grupy mam najwięcej znajomych. Zauważam, że wyznają w życiu wiele wartości wypływających z tradycji i historii Wietnamu, które wpoili im ich rodzice. Są grzeczni, przyjacielscy, otwarci, pracowici, ambitni i można z nimi porozmawiać na wiele interesujących tematów. Mają dość „szerokie horyzonty” i duże pojęcie o świecie. Są świadomi tego, jakimi ludźmi chcą być, a także tego, na jakich ludzi pragną wychować swoje dzieci. Tutaj dodatkowo podzieliłbym ich na trzy grupy:
      •  „Wietnamczycy bardzo polscy ” – Niekiedy mówią o sobie „banany” – żółci na zewnątrz, biali w środku. Pośród Polaków unikają „wietnamskości” z racji na wiele irytujących ich w tym środowisku układów. Odnoszę wrażenie, jakoby zdawali sobie oni sprawę, że jeśli pozostaną w pobliżu środowiska ojczystego będzie im trudno zrealizować własne cele, bez kierownictwa rodziców, czy też spełnienia ich oczekiwań, którymi zazwyczaj mogłoby być ukończenie studiów tylko po to, aby później otworzyć orientalny bar, lub zająć się handlem.
      •  „Wietnamczycy wymieszani” – zadają się trochę z Wietnamczykami, trochę z Polakami. Są bardzo elastyczni. Przy Polakach zachowują się inaczej, przy Wietnamczykach inaczej. Tutaj może być trudno zaakceptować takie szybkie zmienianie się komuś kto podobnie, jak ja spędza z Wietnamczykami dużo czasu. Taka postawa może się wydawać nieszczera. Myślę, że ma ona dwa podłoża. Pierwsze z nich udowadnia, że Wietnamczycy znakomicie przystosowują się do każdego niemal otoczenia, a to wzbudza mój niekłamany podziw wobec nich!  Z kolei drugie podłoże wspomnianej „dwoistości” może, ale też nie musi, wynikać u niektórych z ich kompleksów. Dorastając wśród Polaków mogą niekiedy wstydzić się  swojej odmienności i pochodzenia, mogą czuć się z tego powodu gorsi,  wyalienowani, zagubieni, możliwe, że próbują określić własną tożsamość, dojrzeć do niej, by finalnie odnaleźć własne miejsce. Potwierdzałoby to wiele osobistych rozmów, które przeprowadziłem oraz moje własne obserwacje.
      • „Wietnamczycy wietnamscy” – To chyba jeden z najcięższych i raczej rzadko poruszanych przez Polaków związanych w jakiś sposób ze społecznością wietnamską tematów. Ci Wietnamczycy są bowiem wyjątkowo nieufni, z czym wcale się nie kryją, bywają też niegrzeczni i aroganccy w stosunku do obcych. Gdy są w swoim towarzystwie zachowują się tak jakbyś to ty był  w ich kraju, a nie odwrotnie. Jakkolwiek nieładnie to brzmi, ich zachowanie, spojrzenia i podśmiechiwanie się pod nosem również miłe nie jest. Wielu z nich nie mówi ani trochę po polsku. Dla nich Warszawa to po prostu jakiś inny wymiar Wietnamu. Nie poznali ani Polski, ani Polaków, choć w wielu przypadkach mieszkają tu od urodzenia albo od okresu dorastania. Nie są zainteresowani Polską. Zatrzymani pod kloszem przez rodziców, którzy wychowali ich w klimatach „Wólki Kosowskiej i okolic”. Oczywiście nie jest to sztywna reguła. Są wyjątki i również pośród takich można spotkać przemiłych osobników, z którymi rozmawiając  „na migi” można spędzić miło czas!
    1. Wietnamczycy „pokolenie Y”. Urodzeni w Polsce po roku 1995 – bardzo delikatny temat. Zazwyczaj – lecz nie zawsze, i muszę to podkreślić już na wstępie – są to bardzo rozpieszczone dzieciaki. Niejednokrotnie odniosłem wrażenie, że w ich mniemaniu pieniądze trzeba zarabiać po to, aby je mieć i pokazywać, nie po to, by za nie żyć. Liczą się imprezy, niekiedy zabawa z używkami i nie raz, nie dwa przygodny seks. Właściwie są jak polska młodzież, a raczej, jak każda inna obecna młodzież, tylko, że z tą charakterystyczną cechą mówiącą: „pokazuj ile masz pieniędzy, aby inni o tym wiedzieli”. Jestem zawiedziony niejedną sytuacją i niejedną usłyszaną opowieścią. W tej grupie przejawia się często brak lojalności, szacunku do drugiej osoby. Liczy się to, aby pobawić się z kimś kto akurat „jest przy kasie”, wydoić go i pójść sobie dalej w świat. Nie jest ważne tutaj Z KIM jesteś. Ważne jest przede wszystkim GDZIE. Z nauką też niekoniecznie jest tutaj idealnie. Zdarza się, że ktoś kibluje, nie uczy się, nie ma sprecyzowanych perspektyw ani planów.  Oczywiście warto byłoby jakimś sposobem studiować w USA, bo to modne i rodzice tego by chcieli, ponieważ to zawsze fantastyczna opcja pochwalenia się koleżance z boksu obok, że „syn/córka studiuje marketing w LA”. Niestety, znów wszystko sprowadza się do pospolitego i ulotnego lansu. Warto jednak pamiętać, że i tutaj zdarzają się wyjątki. Jest ich sporo. Nie każdy przecież „taki sam”.W towarzystwie kolegów i koleżanek z grupy, ze statuetką za zajęcie pierwszego miejsca w rundzie "Talent". Fot. by Adrian Rux

    Mosty ponad różnicami

    Ziarnko: Mówi się, że  się Wietnamczycy nie integrują z Polakami, są zamkniętą grupą. Jakie są Twoje wrażenia?

     Adrian R.:  To specyficzne środowisko. Nawet jeśli wydaje się czasami otwarte,  potrzeba wielu godzin i zrozumienia zanim sam poczujesz, że jest Ci wśród Wietnamczyków dobrze. I naprawdę wiele, wiele czasu nim poczujesz się akceptowany. Znajomość z Wietnamczykami polecam wszystkim, to wspaniali ludzie. Czy jednak polecam komuś codzienny kontakt i towarzystwo Wietnamczyków? Cóż, to niestety dość trudne. Nie oszukujmy się. U mnie zadziało się tak, że wpadłem w jakiś szalony wir. Spirala się nakręciła i poznałem wielu ludzi w jednym czasie. Natomiast ta grupa potrafi też szybko zamknąć swoje drzwi. Wszystko opiera się na wzajemnym zaufaniu. Gdy jednak już się narodzi, jest bardzo silne i owocuje wspaniałymi przyjaźniami. Należy też pamiętać, że jako Polacy nie możemy wymagać od Wietnamczyków zrozumienia jeśli sami nie spróbujemy ich zrozumieć. Prawda jest taka, że gdybym nie pokochał Wietnamczyków, gdybym nie wierzył, że bliskość z nimi wzbogaca mnie wewnętrznie- nie przyjaźniłbym się z nimi i wierzę, że w moim osobistym wymiarze byłbym znacznie uboższy.

    Ziarnko: Czy Twoim zdaniem w Warszawie robi się wystarczająco dużo, by budować polsko-wietnamskie mosty ponad różnicami?

    Adrian R.: Z roku na rok jest tego co raz więcej. Pod koniec 2013 roku sam zaangażowałem się w pomoc przy organizacji wydarzenia kulturalnego „Wietnam Ba Lan” i „Wietnam Ba Lan – TET Festiwal”, które odbyło się 2.02 w warszawskiej siedzibie Gazety Wyborczej.  Organizatorami akcji była sekcja Cudzoziemska Stowarzyszenia Wolnego Słowa oraz Stowarzyszenie Pracownia Twórcza Lubelska 30/32. Oba projekty miały na celu zbliżenie do siebie dwóch kultur i zacieśnienie więzów, które moim zdaniem, wciąż jest obu naszym społecznościom bardzo potrzebne. Uznałem, że mógłbym swoją znajomość z Wietnamczykami wykorzystać w celu promocji ich. Moim wkładem w wydarzenia kulturalne (zwłaszcza w drugie) było spojrzenie na nie oczyma Polaka i zaprezentowanie Polakom, tego czego chcieliby dowiedzieć się o Wietnamczykach. Dlatego też starałem się (i wciąż staram się) ukazać Wietnamczyków jako atrakcyjny naród pełen zalet i wspaniałych talentów. Uważam, że możemy się od siebie bardzo wiele nauczyć. Wierzę, że żyjąc obok siebie powinniśmy naszą codzienną rzeczywistość budować razem. Wystarczy chcieć! J A mówię to jako prawdziwy Warszawiak kochający to miasto i pragnący w jakiejś cząstce współtworzyć jego życie.

    Ziarnko: Czyli  sam też aktywnie promujesz wietnamską kulturę? 

    Adrian R.: Oczywiście, staram się na miarę swoich możliwości! W 2014 z okazji festiwalu integracyjnego Lua Viet 2014 (filmik z występu do obejrzenia poniżej) wyreżyserowałem spektakl grupy MIX, której też byłem członkiem. Nasza grupa jako jedyna składała się z Wietnamczyków i Polaków, stąd jej nazwa. Odpowiadałem za przygotowanie naszej grupy do rundy TALENT – choreografia, charakterystyka. W całym konkursie zajęliśmy miejsce trzecie, ale w rundzie talent pierwsze! A nadmienię, że była to runda najwyżej punktowana!

     

    Występ grupy zaczyna się od 12 minuty:)

     

     

    Ziarko: A teraz na zakończenie poproszę Cię o słowną promocję wielokulturowego stylu życia – co powiesz?

    Adrian. R.:  Stereotypy i nieśmiałość chowamy do szuflady, otwieramy się na innych i siebie dla innych!  Mnie Wietnamczycy bardzo wzbogacili. Dzięki przyjaźni z nimi nauczyłem się, że pewne dotyczące ich stereotypy są prawdziwe, a inne to jakiś głupi blef. Nie tak wiele nas od siebie różni! Owszem, wywodzą się z innej kultury, z dalekiej Azji,  pięknego Wietnamu. Mają skośne oczy, proste i ciemne włosy, ciemniejszy kolor skóry. A jednak w wielu kwestiach są tacy jak Polacy! Również mają swoje lęki i pragnienia. Także marzą, chcą kochać i być kochani. Nie lubię, gdy ktoś wypowiada się o nich w sposób „egzotyczny”, albo wyciąga na ich temat pochopne wnioski. Większość z nich jest błędna. Dla mnie Wietnamczycy są najwspanialsi pod słońcem, a to właśnie dlatego że tak zwyczajni, również ze swoimi wadami. Każda nacja je ma. I to właśnie nas do siebie zbliża.

     

    Na koniec Ziarnko chce dodać, że….

    Jest takie wietnamskie przysłowie „Đồng thanh tương ứng, đồng khí tương cầu” (odpowiednik polskiego „podobieństwa się przyciągają”). Jak jednak widać na przykładzie przyjaźni Adriana, wielka wartość i siła przyciągania ukryta jest też w różnicach! Dziękuję Ci za rozmowę i życzę powodzenia w budowaniu wspólnej wizji wielokulturowego świata.

    Czytelników Ziarnka zachęcam zaś do śmiałego podróżowania po fascynujących światach innych kultur – nie tylko wietnamskiej:)!

     

  • Zderzenie kultur poszerza horyzonty – wywiad Część I

    Zderzenie kultur poszerza horyzonty – wywiad Część I

    Zjawisko ścierania się i przenikania kultur jest FASCYNUJĄCE. W efekcie synergii powstają nowe wartości i style życia. Ludzie, którzy otwierają się na inne kultury i jednocześnie promują swoją własną wśród innych, potrafią znaleźć wspólny mianownik dla wielokulturowej realcji.

    Takim właśnie człowiekiem jest Adrian Rux. Oddaję do Waszej dyspozycji bardzo emocjonalny opis słowny zderzenia kultur w życiu tego Polaka, który ukochał „wietnamskość” i  Wietnamczyków.  Polsko-wietnamskie relacje to wybuchowa mieszanka: wartości Wschodu i Zachodu ścierają się ze sobą dając początek przyjaźniom ponad różnicami kulturowymi.

    Adrian Rux, sercem obywatel świata.

    Ziarnko: Jesteś uosobieniem wielokulturowości: Polak, z francuskimi korzeniami, kontytunację studiów przewidujesz w Chinach, w Twoich przyjaźniach widać zdecydowany akcent wietnamski. Nie za dużo tego jak na jedną osobę?:)

    Adrian R.: Ależ skąd, ja dopiero sie rozkręcam! Uważam, że poznawanie innych kultur poszerza nasze horyzonty, możemy się od siebie bardzo wiele nauczyć. Otwarcie na różnice to klucz do nawiązywania przyjaźni, ciekawych dyskusji, dialogu.

    Ziarnko: Czym się zajmujesz na co dzień?

    Adrian R.: Od szóstego roku życia związany jestem z aktorstwem, jednakże w chwili obecnej rozwijam swoją pasję reżyserską. Reżyseria daje mi możliwość pracy z tekstami oraz ich tworzenia.

    Ziarnko: Jakie są Twoje zainteresowania?

    Adrian R.: Interesuje mnie wszystko co związane jest z Azją Wschodnią. Uwielbiam historię i kulturę Chin, pasjonują mnie wpływ Chin na kraje sąsiadujące. Moją specjalizacją z Chin jest mandżurska dynastia Qing (ostatnia dynastia cesarska panująca w Chinach do 1912 roku). Niestety z powodów zdrowotnych musiałem zawiesić studia w Pekinie.

    Od 2011 roku jestem związany z warszawskimi Wietnamczykami i jestem w nich zakochany.

    Ponieważ pasjonują mnie ludzie oraz różnorodność ich zainteresowań, poglądów, wyznań zawsze chętnie biorę udział i inicjuję wszelakie dyskusje dotyczące Wietnamczyków żyjących w Polsce oraz procesu ich integracji z Polakami.

    Ziarnko: Jakie są początki Twoich polsko-wietnamskich przyjaźni.

    Adrian R.: Moja zażyłość z Wietnamczykami zaczęła się od odrobiny ciekawości, dużej dawki naturalnego przebiegu wydarzeń i wreszcie przypadku. Pierwszego Wietnamczyka poznałem jeszcze w szkole podstawowej. Siedział ze mną w ławce. Był jednym z najlepszych uczniów w klasie, znajdując się w czołówce „najszybciej uczących się pisać” dzieci. Ponadto, znakomicie liczył i nigdy nie przyszedł do szkoły nieprzygotowany. Dobrze pamiętam, że był znacznie bardziej zdyscyplinowany od innych dzieci. Grzeczny, ułożony, niezbyt głośny – czasem sprawiający wrażenie nieprzystępnego, wręcz wyobcowanego. Nie zmienia to jednak faktu, że był bardzo dobrym i powszechnie lubianym kolegą. Nasza znajomość przetrwała do dziś, tak więc w tej całej „nieprzystępności” chyba bardziej chodziło o jego specyficzny charakter.

    Natomiast moja „stała” znajomość z Wietnamczykami zaczęła się od krótkometrażowego filmu „Tuan”, który przygotowywałem do swojego portfolio. Bohaterami mojej etiudy jest przyrodnie rodzeństwo: Polak i niewiele od niego młodszy Wietnamczyk. Naturalnie musiałem zaangażować do tego projektu Wietnamczyków, co okazało się zadaniem bardzo trudnym – poszukiwałem nie tylko odtwórcy jednej z głównych ról, ale także jego filmowych kolegów i koleżanek, wietnamskiej opiekunki, tańczących Wietnamek i wreszcie aktora, który zagrałby wietnamskiego kucharza. Wszystko się udało! Choć łatwo nie było…

    Ziarnko: Dlaczego?

    Adrian R.: Po pierwsze, nie wszyscy Wietnamczycy chętnie angażują się w wolontariat. Najlepiej, gdy przy okazji jest szansa zarobku – zwłaszcza łatwego. Mam porównanie, ponieważ wcześniej znalezienie choćby trzydziestu statystów Polaków do mojego projektu było dla mnie kwestią piętnastu minut. Drugim problemem okazała się nieśmiałość Wietnamczyków. Choć niestety ze smutkiem stwierdzam, że przeważyła chęć łatwego zarobku. Godzinami przesiadywałem na Facebooku i wypisywałem wiadomości do wszystkich możliwych Wietnamczyków. Wielu z nich już na wstępie podziękowało mi za udział w filmie kręconym przez młodych ludzi „bez wynagrodzenia”. Szczęśliwie – po dwóch miesiącach poszukiwań – udało mi się skompletować całą obsadę. I tak to wszystko się zaczęło…

    Ziarnko: W Waszych relacjach dominują cechy kultury polskiej czy wietnamskiej?

    Adrian R.: Nie ma dominacji, jest raczej uzupełnianie się. Dziś mam nieraz wrażenie, że obydwie kultury przenikają się i zlewają w całość. W towarzystwie Wietnamczyków czuję się już swobodnie, jak ryba w wodzie. Do tego stopnia, że gdyby ktoś zapytał mnie o różnice między Polakami i Wietnamczykami nie wiedziałbym, co właściwie odpowiedzieć. Gdy jestem wśród Wietnamczyków uśmiecham się do siebie i przyznaję, że już nie umiałbym wyobrazić sobie dobrej imprezy albo wyjścia bez Azjatów. Moi biali znajomi tego nie rozumieją. Czasami zarzucają mi, że faworyzuję Wietnamczyków, ale nic na to nie poradzę, bo tak jest!

    Nie oznacza to wcale, że nie zdarzyło mi się nigdy poczuć wśród Wietnamczyków zagubionym. Czasem zdarzają się sytuacje, których jako Polak nie umiem zrozumieć, czasem nawet nie chcę. Jednak wierzę, że do wszystkiego można się przyzwyczaić. Poza tym jeżeli kolega/koleżanka Wietnamczyk jest wyrozumiały/a, to nigdy nie pozwoli ci czuć się nieswojo w jego/jej towarzystwie.

    Ziarnko: Jakie cechy, postawy Wietnamczyków są dla Ciebie inspiracją ?

    Adrian R.: U Wietnamczyków lubię bezpośredniość. Bywają szczerzy do bólu, ale najczęściej nie z przekąsem. Po prostu mówią, co myślą.

    Imponuje mi szacunek jaki Wietnamczycy okazują starszym. Żaden mój kolega nie sprowokuje kłótni ze starszym od siebie Wietnamczykiem lub Wietnamką – nawet z Polakiem i nawet jeśli mówimy tutaj o różnicy dwóch, trzech lat. Po kilku głębszych oczywiście mogą wystąpić różne sytuacje, ale zazwyczaj uważnie tego pilnują.

    Uwielbiam PRAWDZIWE wietnamskie jedzenie. Nie rozumiem, dlaczego Wietnamczycy nie chcą z nim „wyjść” do Polaków. Wietnamki są bardzo kulturalne, nie tak krzykliwe jak niektóre Polki. Z drugiej strony zastanawiający jest fakt, jak bardzo niektóre (podkreślam NIEKTÓRE) młode Wietnamki są podatne na gruby portfel i jak istotną rolę ogrywa on w ich życiu.

    Ziarnko: A czy są jakieś „nie lubię”?

    Adrian R.: Nie lubię, gdy Wietnamczycy rozmawiają w moim towarzystwie po wietnamsku. Zawsze zwracam na to uwagę. Zazwyczaj szybko mnie przepraszają i przechodzą na język polski. Chodzi oczywiście o sytuację, gdy np. siedzimy razem przy stole, albo idziemy gdzieś w swoim towarzystwie. Przyznaję też, że trudno mi się przyzwyczaić do azjatyckiego sposobu spożywania posiłków. Całym sercem rozumiem obyczaje i pojęcie okazywania szacunku gospodarzom według kultury wietnamskiej, ale ponieważ sam zostałem wychowany według modelu zachodniego, na dźwięk „ssącego się makaronu” lub mlaskania automatycznie włącza mi się czerwona lampka.

    Inną sprawą jest to, że Wietnamczycy troszkę inaczej pojmują gust modowy. Ponieważ dla niektórych z nich ważna jest przede wszystkim marka, niekiedy wrzucają na siebie wszystko, co się da. A to czasami moim zdaniem wygląda kiczowato. Trzeba jednak przyznać, że Wietnamczycy, którzy mają gust, ubierają się znacznie lepiej i z większym wyczuciem mody niż Polacy.

    Nie wszyscy wiedzą też, że niektórzy Wietnamczycy to straszni PLOTKARZE!!! Trzeba uważać na to co i komu się mówi. Żadna tajemnica się nie uchowa.

    Trudno mi zaakceptować fakt, że wietnamscy rodzicie bywają bardzo surowi dla swoich dzieci. Czasami przykro mi, gdy widzę, jak mój przyjaciel smuci się, że „zawiedzie rodziców”. Jest to jednak inna kultura i potrafię zrozumieć, że między innymi poprzez stawianie dużych wymagań okazują dzieciom miłość. Natomiast żal mi młodych Wietnamczyków, ponieważ czasem odnoszę wrażenie, że są wychowywani tak jakby wciąż żyli w Wietnamie, a przecież będąc w Polsce dorastają już w zupełnie innej rzeczywistości niż ich rodzice. Przez to może pogłębiać się w nich poczucie braku przynależności.

    Wietnamczycy mają też wybuchowy temperament: wytrącony z równowagi Wietnamczyk bywa tragicznie denerwujący i wtedy może być uszczypliwy.

    Ziarnko: Dokończ zdanie „Przyjaciel Wietnamczyk…”

    Adrian R.: Przyjaciel Wietnamczyk jest bardzo czuły. Nie wstydzi się – to zaskoczenie – okazywać ci swoich uczuć, np. przytulić cię. Jeśli może pokazać ci, że jesteś dla niego ważny, zrobi to przy każdej okazji i pójdzie na niejedno ustępstwo, by sprawić ci przyjemność. Wietnamczycy są bardzo namiętni. Choć z początku wycofani i ostrożni, gdy się otworzą potrafią pokazać ci cały swój niezwykły świat. Wietnamczyk zna znaczenia słów: „przyjaźń” i „lojalność”.

    Przyjaciel Wietnamczyk nie zniesie twojego cierpienia. ZAWSZE stanie w twojej obronie i nie pozwoli, by ktoś cię skrzywdził. Choćby miało go to kosztować kilka zębów. Może czasem i nazbyt impulsywnie, ale reaguje od razu. Wietnamczyk, jeśli oczywiście nie mamy do czynienia z zagorzałym plotkarzem,  jest fantastycznym słuchaczem i dobrze doradza.

    Ziarko: Czyli odkładamy stereotypy i nieśmiałość do szuflady i próbujemy innym kulturom przyjrzeć się z bliska?

    Adrian. R.: Zdecydowanie tak. Mnie Wietnamczycy bardzo wzbogacili. Dzięki przyjaźni z nimi nauczyłem się, że pewne dotyczące ich stereotypy są prawdziwe, a inne to jakiś głupi blef. Nie tak wiele nas od siebie różni! Owszem, wywodzą się z innej kultury, z dalekiej Azji,  pięknego Wietnamu. Mają skośne oczy, proste i ciemne włosy, ciemniejszy kolor skóry. A jednak w wielu kwestiach są tacy jak Polacy! Również mają swoje lęki i pragnienia. Także marzą, chcą kochać i być kochani. Nie lubię, gdy ktoś wypowiada się o nich w sposób „egzotyczny”, albo wyciąga na ich temat pochopne wnioski. Większość z nich jest błędna. Dla mnie Wietnamczycy są najwspanialsi pod słońcem, a to właśnie dlatego że tak zwyczajni, również ze swoimi wadami. Każda nacja je ma. I to właśnie nas do siebie zbliża.

    Koniec części 1.

  • Nowy Rok wietnamski – Tet 2013

    Niektórzy już zdążyli zapomnieć szaleństwa sylwestrowej nocy – a Wietnamczycy dopiero co świętowali 2013 po swojemu 🙂

    (A tak było rok temu)

  • Specjały z Ha Noi – bun thang

     

    Bún thang – feeria smaków, barw i zapachów

    Każdy region Wietnamu ma swoje specjały. Przyjrzyjmy się bliżej jednemu z hanojskich przysmaków – rosołowi „bún thang”. Wyjątkowość tego dania polega na niespotykanej kompozycji. Wywar, o słodkawym smaku, gotuje się na kościach drobiowych, wieprzowych oraz suszonych krewetkach. Dodaje się następnie śnieżnobiały, cienki makaron ryżowy. Nie może zabraknąć mięsnej wkładki, czyli kawałków mięsa z piersi oraz udka kurczaka. Jest również „mortadelka” wietnamska z cielęciny. Paletę kolorów uzupełnia żółte jajko pokrojone w cieniuteńskie paseczki. Miska bún thang przybrana jest zielonymi ziołami: świeżą kolendrą, liśćmi rdestowca, szczypiorkiem z młodej cebulki i pokrojoną dymką. Całość dopełniają:  sos rybny, ocet oraz 1, maksymalnie 2 krople „dầu cà cuống” (esencja z feromonu owada Lethoceris indicus z gatunku pluskwiaków), który przyprawia całość o ostrą, niespotykaną w polskiej kuchni, nutę.

     

    Najsmaczniejsze bún thang w Hà Nội serwuje sie obecnie w 4 miejscach: 59 Hàng Lược, 28 Liễu Giai, 144 D2 Giảng Võ oraz 48 Cầu Gỗ. W każdym z tych lokali smakuje nieco inaczej, więc pewnie najlepiej spróbować we wszystkich!

     

    A poniżej gotowanie na ekranie dla ciekawskich:

  • Studentem być!

    Do Ha Noi co roku przybywają setki studentów z całego świata, by uczyć się języka wietnamskiego. Spory odsetek stanowią Polacy, studenci takich kierunków jak filologia wietnamska w Poznaniu lub kierunków na Wydziale Orientalistycznym Uniwersytetu Warszawskiego.

    Ja też na na własnej skórze przekonałam się jak studiuje się w Wietnamie. Czego słowa nie powiedzą, dopowiedzą zdjęcia 🙂

    Gdzie się uczyć?

    Do wyboru są dwie opcje. Jedna z nich to Uniwersytet Narodowy ( Đại Học Quốc Gia). Tutaj najczęsciej studiują studenci z wymian. Najliczniejszą reprezentacją jest grupa studentów krajów słowiańskich (Rosja, Polska, Ukraina, Czechy) a z Azji – studenci chińscy.

    Jako osoba indywidualna, zdecydowałam się na roczny, niezależny kurs na Uniwersytecie Ha Noi  (Đại Học Hà Nội, dawniej Uniwersytet Języków Obcych). Ponieważ studiowałam w grupie z Chińczykami, pierwsze lekcje wietnamskiego prowadzone były… po chińsku! Dopiero co zaczynałam naukę, więc lekcja prowadzona w dwóch obcych, azjatyckich językach była prawdziwym szokiem. Szybko jednak okazało się też, iż jest to doskonała motywacja – postępy w nauce były jedyną szansą, by zrozumieć chociaż połowę z tego co się mówi na zajęciach.

    Czego się spodziewać?

    Jeśli wydaje Wam się, że na polskich uczelniach panuje bałagan, to znaczy że nie byliście w sekretariacie w Wietnamie. Podejście Wietnamczyków do życia „na luzie i z dystansem” przekłada się na każdą dziedzinę życia, również na edukację. Zajęcia mogą zostać odwołane w ostatniej chwili bez podania przyczyny, niektórzy prowadzący mogą wydać się niekompetentni, a warunki w jakich przyjdzie mieszkać i uczyć się, niestety odbiegają od standardów do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Dla każdego zagranicznego studenta jest to zatem wielki sprawdzian samodyscypliny.

    Pogoda też płata figle. Nieraz zdarzyło mi się iść na zajęcia po kolana w wodzie, bo akurat spadł ulewny deszcz. Zalane były partery akademików, uczelni, na zajęciach wszyscy suszyli klapki, odwijali nogawki spodni. Nieodzownym elementem wyposażenia pokoju stał się wentylator. Chłodziłam nim nie tylko siebie, ale też swój komputer, który co prawda dzielnie zniósł tamtejszy klimat, ale nagrzewał się niemiłosiernie. Wentylator zabierałam też czasem na zajęcia, bo odstraszał komary i nie gryzły w nogi. W ciepłe dni był stałym elementem wyposażenia pod moskitierą na górze piętrowego łóżka.

    Trzeba też się oswoić z egzotyczną fauną, chociażby bliskością jaszczurek -gekonów. Mnie po jakimś czasie wydały się nawet bardzo sympatyczne. Ba, jedna mała jaszczureczka pomieszkiwała sobie za moimi słownikami i wydając od czasu charakterystyczne dźwięki umilała mi naukę. Na pielgrzymki mrówek znalazłam sposób i pod materacem miałam rozsypaną kawę. Nauczyłam się też dokładnie dokręcać słoiki z żywnością. Nawet te w lodówce, bo jak się okazało wietnamskie mrówki dobrze czują się i funkcjonują również i tam!

    Akademik czy stancja?

    Jeśli akademik, to prawdopodobnie i tak pokój o podwyższonym standardzie. To znaczy, że mieszkają w nim maksymalnie 4 osoby (a nie 8 czy nawet 10!), każdy ma swoje biurko, jest lodówka, klimatyzacja, łazienka. Najczęściej kuchnie są wspólne na piętro, ale zagraniczni studenci rzadko z nich korzystają. Uczelnianie stołówki pracują prężnie i oferują w miarę urozmaicone menu w rozsądnej cenie.

    Wynajęcie mieszkania czy też pokoju to opcja na którą decyduję się studenci starszych kierunków, którzy poznali miasto i chcieliby mieć więcej swobody. Akademiki w Wietnamie mają dosyć ostry rygor jeśli chodzi o godziny odwiedzin i powrotów. Między innymi z tego powodu nie mogłam wziąć udziału w Pasterce w czasie Bożego Narodzenia, gdyż nie miałam gwarancji, że dostanę się do akademika. Dozorca zamykał bramę o 22, koniec kropka.

    Wynajmowanie wiąże się jednak z większymi kosztami. Jest się również odseparowanym od realiów życia studenckiego. A przecież w żywych interakcjach z innymi najlepiej ćwiczymy język i poznajemy kulturę.

     

    Pracujący student

    Jeśli ktoś szybko odnajduje się w realiach wietnamskich, może poszukać dodatkowego źródła dochodu. Najczęściej można dorobić udzielając korepetycji z angielskiego. Jest wiele szkół językowych, które chętnie podejmują współpracę z zagranicznymi studentami, można też ogłaszać się wśród potencjalnych klientów indywidualnych. Za godzinę konwersacji w „szkole językowej” możemy dostać średnio 300 000 dongów, a nawet więcej u zamożnego Klienta indywidualnego. Niestety taka działalność wiąże się z koniecznością poruszania się po mieście, także trzeba wziąć poprawkę na ewentualny koszt wynajmu skutera lub, xe om oraz nas czas na dojazd.

    Nie samą nauką…

    …student żyje! Jeśli studiuje się w Wietnamie to na pewno nie ominą nas takie atrakcje jak wypady na śpiewanie karaoke, kolacje (zwłaszcza tzw. gorący kociołek, czyli lẩu) zakupy na bazarkach. Jako, że taka okazja może się szybko nie trafić warto pozwiedzać kraj wszerz i wzdłuż – na ile czas i fundusze pozwolą. 


    Czy warto?

    Chociaż perspektywa studiowania w Wietnamie brzmi niezwykle egzotycznie i zachęcająco, zanim podejmie się decyzję  o wyjeździe,  pojawia się wiele wątpliwości. Taka podróż wiąże się przecież z długą rozłąką z najbliższymi, być może szokiem kulturowym i kulinarnym, koniecznością poradzenia się z kapryśnym klimatem. Ja mogę śmiało powiedzieć, że studia w Wietnamie to była przygoda życia! Zwiedziłam kawałek świata, poznałam prawdziwy Wietnam i ciekawych ludzi. Ten kraj szczodrze obdarowuje bogactwem swojej kultury – kto chwilę w nim pomieszka, na pewno odnajdzie w nim kawałek domu.