Tag: wrażenia

  • Zderzenie kultur poszerza horyzonty – wywiad Część 2

    Zderzenie kultur poszerza horyzonty – wywiad Część 2

     

    Zapraszam do lektury drugiej części wywiadu (część pierwsza tutaj). Tym razem poruszamy  kwestię integracji, różnic między pokoleniami Wietnamczyków mieszkających w Polsce czy też promowania kultury wietnamskiej. Kolejna ciekawa porcja ciekawych spostrzeżeń – zapraszamy do lektury i komentowania!

    Dansy, pląsy, wytrząchańce - takie tańce! Fot. by Adrian Rux

    Warszawa – inny wymiar Wietnamu

    Ziarnko: Czy Twoim zdaniem Wietnamczycy w Polsce to już „polscy Wietnamczycy”?  

     Adrian R.:  Wydaje mi się, że istnieje spore zróżnicowanie zintegrowania w tej grupie. Bazując na moich obserwacjach mogę wyróżnić 3 grupy Wietnamczyków mieszkających w Polsce:

    1. Wietnamczycy starszego pokolenia. Choć słyszę nieustannie, że dla własnych dzieci są surowymi rodzicami to wypowiadając się z własnej perspektywy twierdzę, że są oni przecudownie sympatycznymi ludźmi, bardzo kulturalnymi, szanującymi tradycję. Polaków lubią, choć niekoniecznie entuzjastycznie to okazują. Wielu z nich boi się Polaków, bo miało z nimi nieprzyjemne sytuacje. Ci wolą trzymać się na uboczu, w swoim towarzystwie, ale gdy nadarzy się okazja rozmowy – są bardzo mili, gościnni i serdeczni.
    2. Wietnamczycy między 20 a 30 rokiem życia. Właśnie z tej grupy mam najwięcej znajomych. Zauważam, że wyznają w życiu wiele wartości wypływających z tradycji i historii Wietnamu, które wpoili im ich rodzice. Są grzeczni, przyjacielscy, otwarci, pracowici, ambitni i można z nimi porozmawiać na wiele interesujących tematów. Mają dość „szerokie horyzonty” i duże pojęcie o świecie. Są świadomi tego, jakimi ludźmi chcą być, a także tego, na jakich ludzi pragną wychować swoje dzieci. Tutaj dodatkowo podzieliłbym ich na trzy grupy:
      •  „Wietnamczycy bardzo polscy ” – Niekiedy mówią o sobie „banany” – żółci na zewnątrz, biali w środku. Pośród Polaków unikają „wietnamskości” z racji na wiele irytujących ich w tym środowisku układów. Odnoszę wrażenie, jakoby zdawali sobie oni sprawę, że jeśli pozostaną w pobliżu środowiska ojczystego będzie im trudno zrealizować własne cele, bez kierownictwa rodziców, czy też spełnienia ich oczekiwań, którymi zazwyczaj mogłoby być ukończenie studiów tylko po to, aby później otworzyć orientalny bar, lub zająć się handlem.
      •  „Wietnamczycy wymieszani” – zadają się trochę z Wietnamczykami, trochę z Polakami. Są bardzo elastyczni. Przy Polakach zachowują się inaczej, przy Wietnamczykach inaczej. Tutaj może być trudno zaakceptować takie szybkie zmienianie się komuś kto podobnie, jak ja spędza z Wietnamczykami dużo czasu. Taka postawa może się wydawać nieszczera. Myślę, że ma ona dwa podłoża. Pierwsze z nich udowadnia, że Wietnamczycy znakomicie przystosowują się do każdego niemal otoczenia, a to wzbudza mój niekłamany podziw wobec nich!  Z kolei drugie podłoże wspomnianej „dwoistości” może, ale też nie musi, wynikać u niektórych z ich kompleksów. Dorastając wśród Polaków mogą niekiedy wstydzić się  swojej odmienności i pochodzenia, mogą czuć się z tego powodu gorsi,  wyalienowani, zagubieni, możliwe, że próbują określić własną tożsamość, dojrzeć do niej, by finalnie odnaleźć własne miejsce. Potwierdzałoby to wiele osobistych rozmów, które przeprowadziłem oraz moje własne obserwacje.
      • „Wietnamczycy wietnamscy” – To chyba jeden z najcięższych i raczej rzadko poruszanych przez Polaków związanych w jakiś sposób ze społecznością wietnamską tematów. Ci Wietnamczycy są bowiem wyjątkowo nieufni, z czym wcale się nie kryją, bywają też niegrzeczni i aroganccy w stosunku do obcych. Gdy są w swoim towarzystwie zachowują się tak jakbyś to ty był  w ich kraju, a nie odwrotnie. Jakkolwiek nieładnie to brzmi, ich zachowanie, spojrzenia i podśmiechiwanie się pod nosem również miłe nie jest. Wielu z nich nie mówi ani trochę po polsku. Dla nich Warszawa to po prostu jakiś inny wymiar Wietnamu. Nie poznali ani Polski, ani Polaków, choć w wielu przypadkach mieszkają tu od urodzenia albo od okresu dorastania. Nie są zainteresowani Polską. Zatrzymani pod kloszem przez rodziców, którzy wychowali ich w klimatach „Wólki Kosowskiej i okolic”. Oczywiście nie jest to sztywna reguła. Są wyjątki i również pośród takich można spotkać przemiłych osobników, z którymi rozmawiając  „na migi” można spędzić miło czas!
    1. Wietnamczycy „pokolenie Y”. Urodzeni w Polsce po roku 1995 – bardzo delikatny temat. Zazwyczaj – lecz nie zawsze, i muszę to podkreślić już na wstępie – są to bardzo rozpieszczone dzieciaki. Niejednokrotnie odniosłem wrażenie, że w ich mniemaniu pieniądze trzeba zarabiać po to, aby je mieć i pokazywać, nie po to, by za nie żyć. Liczą się imprezy, niekiedy zabawa z używkami i nie raz, nie dwa przygodny seks. Właściwie są jak polska młodzież, a raczej, jak każda inna obecna młodzież, tylko, że z tą charakterystyczną cechą mówiącą: „pokazuj ile masz pieniędzy, aby inni o tym wiedzieli”. Jestem zawiedziony niejedną sytuacją i niejedną usłyszaną opowieścią. W tej grupie przejawia się często brak lojalności, szacunku do drugiej osoby. Liczy się to, aby pobawić się z kimś kto akurat „jest przy kasie”, wydoić go i pójść sobie dalej w świat. Nie jest ważne tutaj Z KIM jesteś. Ważne jest przede wszystkim GDZIE. Z nauką też niekoniecznie jest tutaj idealnie. Zdarza się, że ktoś kibluje, nie uczy się, nie ma sprecyzowanych perspektyw ani planów.  Oczywiście warto byłoby jakimś sposobem studiować w USA, bo to modne i rodzice tego by chcieli, ponieważ to zawsze fantastyczna opcja pochwalenia się koleżance z boksu obok, że „syn/córka studiuje marketing w LA”. Niestety, znów wszystko sprowadza się do pospolitego i ulotnego lansu. Warto jednak pamiętać, że i tutaj zdarzają się wyjątki. Jest ich sporo. Nie każdy przecież „taki sam”.W towarzystwie kolegów i koleżanek z grupy, ze statuetką za zajęcie pierwszego miejsca w rundzie "Talent". Fot. by Adrian Rux

    Mosty ponad różnicami

    Ziarnko: Mówi się, że  się Wietnamczycy nie integrują z Polakami, są zamkniętą grupą. Jakie są Twoje wrażenia?

     Adrian R.:  To specyficzne środowisko. Nawet jeśli wydaje się czasami otwarte,  potrzeba wielu godzin i zrozumienia zanim sam poczujesz, że jest Ci wśród Wietnamczyków dobrze. I naprawdę wiele, wiele czasu nim poczujesz się akceptowany. Znajomość z Wietnamczykami polecam wszystkim, to wspaniali ludzie. Czy jednak polecam komuś codzienny kontakt i towarzystwo Wietnamczyków? Cóż, to niestety dość trudne. Nie oszukujmy się. U mnie zadziało się tak, że wpadłem w jakiś szalony wir. Spirala się nakręciła i poznałem wielu ludzi w jednym czasie. Natomiast ta grupa potrafi też szybko zamknąć swoje drzwi. Wszystko opiera się na wzajemnym zaufaniu. Gdy jednak już się narodzi, jest bardzo silne i owocuje wspaniałymi przyjaźniami. Należy też pamiętać, że jako Polacy nie możemy wymagać od Wietnamczyków zrozumienia jeśli sami nie spróbujemy ich zrozumieć. Prawda jest taka, że gdybym nie pokochał Wietnamczyków, gdybym nie wierzył, że bliskość z nimi wzbogaca mnie wewnętrznie- nie przyjaźniłbym się z nimi i wierzę, że w moim osobistym wymiarze byłbym znacznie uboższy.

    Ziarnko: Czy Twoim zdaniem w Warszawie robi się wystarczająco dużo, by budować polsko-wietnamskie mosty ponad różnicami?

    Adrian R.: Z roku na rok jest tego co raz więcej. Pod koniec 2013 roku sam zaangażowałem się w pomoc przy organizacji wydarzenia kulturalnego „Wietnam Ba Lan” i „Wietnam Ba Lan – TET Festiwal”, które odbyło się 2.02 w warszawskiej siedzibie Gazety Wyborczej.  Organizatorami akcji była sekcja Cudzoziemska Stowarzyszenia Wolnego Słowa oraz Stowarzyszenie Pracownia Twórcza Lubelska 30/32. Oba projekty miały na celu zbliżenie do siebie dwóch kultur i zacieśnienie więzów, które moim zdaniem, wciąż jest obu naszym społecznościom bardzo potrzebne. Uznałem, że mógłbym swoją znajomość z Wietnamczykami wykorzystać w celu promocji ich. Moim wkładem w wydarzenia kulturalne (zwłaszcza w drugie) było spojrzenie na nie oczyma Polaka i zaprezentowanie Polakom, tego czego chcieliby dowiedzieć się o Wietnamczykach. Dlatego też starałem się (i wciąż staram się) ukazać Wietnamczyków jako atrakcyjny naród pełen zalet i wspaniałych talentów. Uważam, że możemy się od siebie bardzo wiele nauczyć. Wierzę, że żyjąc obok siebie powinniśmy naszą codzienną rzeczywistość budować razem. Wystarczy chcieć! J A mówię to jako prawdziwy Warszawiak kochający to miasto i pragnący w jakiejś cząstce współtworzyć jego życie.

    Ziarnko: Czyli  sam też aktywnie promujesz wietnamską kulturę? 

    Adrian R.: Oczywiście, staram się na miarę swoich możliwości! W 2014 z okazji festiwalu integracyjnego Lua Viet 2014 (filmik z występu do obejrzenia poniżej) wyreżyserowałem spektakl grupy MIX, której też byłem członkiem. Nasza grupa jako jedyna składała się z Wietnamczyków i Polaków, stąd jej nazwa. Odpowiadałem za przygotowanie naszej grupy do rundy TALENT – choreografia, charakterystyka. W całym konkursie zajęliśmy miejsce trzecie, ale w rundzie talent pierwsze! A nadmienię, że była to runda najwyżej punktowana!

     

    Występ grupy zaczyna się od 12 minuty:)

     

     

    Ziarko: A teraz na zakończenie poproszę Cię o słowną promocję wielokulturowego stylu życia – co powiesz?

    Adrian. R.:  Stereotypy i nieśmiałość chowamy do szuflady, otwieramy się na innych i siebie dla innych!  Mnie Wietnamczycy bardzo wzbogacili. Dzięki przyjaźni z nimi nauczyłem się, że pewne dotyczące ich stereotypy są prawdziwe, a inne to jakiś głupi blef. Nie tak wiele nas od siebie różni! Owszem, wywodzą się z innej kultury, z dalekiej Azji,  pięknego Wietnamu. Mają skośne oczy, proste i ciemne włosy, ciemniejszy kolor skóry. A jednak w wielu kwestiach są tacy jak Polacy! Również mają swoje lęki i pragnienia. Także marzą, chcą kochać i być kochani. Nie lubię, gdy ktoś wypowiada się o nich w sposób „egzotyczny”, albo wyciąga na ich temat pochopne wnioski. Większość z nich jest błędna. Dla mnie Wietnamczycy są najwspanialsi pod słońcem, a to właśnie dlatego że tak zwyczajni, również ze swoimi wadami. Każda nacja je ma. I to właśnie nas do siebie zbliża.

     

    Na koniec Ziarnko chce dodać, że….

    Jest takie wietnamskie przysłowie „Đồng thanh tương ứng, đồng khí tương cầu” (odpowiednik polskiego „podobieństwa się przyciągają”). Jak jednak widać na przykładzie przyjaźni Adriana, wielka wartość i siła przyciągania ukryta jest też w różnicach! Dziękuję Ci za rozmowę i życzę powodzenia w budowaniu wspólnej wizji wielokulturowego świata.

    Czytelników Ziarnka zachęcam zaś do śmiałego podróżowania po fascynujących światach innych kultur – nie tylko wietnamskiej:)!

     

  • Zderzenie kultur poszerza horyzonty – wywiad Część I

    Zderzenie kultur poszerza horyzonty – wywiad Część I

    Zjawisko ścierania się i przenikania kultur jest FASCYNUJĄCE. W efekcie synergii powstają nowe wartości i style życia. Ludzie, którzy otwierają się na inne kultury i jednocześnie promują swoją własną wśród innych, potrafią znaleźć wspólny mianownik dla wielokulturowej realcji.

    Takim właśnie człowiekiem jest Adrian Rux. Oddaję do Waszej dyspozycji bardzo emocjonalny opis słowny zderzenia kultur w życiu tego Polaka, który ukochał „wietnamskość” i  Wietnamczyków.  Polsko-wietnamskie relacje to wybuchowa mieszanka: wartości Wschodu i Zachodu ścierają się ze sobą dając początek przyjaźniom ponad różnicami kulturowymi.

    Adrian Rux, sercem obywatel świata.

    Ziarnko: Jesteś uosobieniem wielokulturowości: Polak, z francuskimi korzeniami, kontytunację studiów przewidujesz w Chinach, w Twoich przyjaźniach widać zdecydowany akcent wietnamski. Nie za dużo tego jak na jedną osobę?:)

    Adrian R.: Ależ skąd, ja dopiero sie rozkręcam! Uważam, że poznawanie innych kultur poszerza nasze horyzonty, możemy się od siebie bardzo wiele nauczyć. Otwarcie na różnice to klucz do nawiązywania przyjaźni, ciekawych dyskusji, dialogu.

    Ziarnko: Czym się zajmujesz na co dzień?

    Adrian R.: Od szóstego roku życia związany jestem z aktorstwem, jednakże w chwili obecnej rozwijam swoją pasję reżyserską. Reżyseria daje mi możliwość pracy z tekstami oraz ich tworzenia.

    Ziarnko: Jakie są Twoje zainteresowania?

    Adrian R.: Interesuje mnie wszystko co związane jest z Azją Wschodnią. Uwielbiam historię i kulturę Chin, pasjonują mnie wpływ Chin na kraje sąsiadujące. Moją specjalizacją z Chin jest mandżurska dynastia Qing (ostatnia dynastia cesarska panująca w Chinach do 1912 roku). Niestety z powodów zdrowotnych musiałem zawiesić studia w Pekinie.

    Od 2011 roku jestem związany z warszawskimi Wietnamczykami i jestem w nich zakochany.

    Ponieważ pasjonują mnie ludzie oraz różnorodność ich zainteresowań, poglądów, wyznań zawsze chętnie biorę udział i inicjuję wszelakie dyskusje dotyczące Wietnamczyków żyjących w Polsce oraz procesu ich integracji z Polakami.

    Ziarnko: Jakie są początki Twoich polsko-wietnamskich przyjaźni.

    Adrian R.: Moja zażyłość z Wietnamczykami zaczęła się od odrobiny ciekawości, dużej dawki naturalnego przebiegu wydarzeń i wreszcie przypadku. Pierwszego Wietnamczyka poznałem jeszcze w szkole podstawowej. Siedział ze mną w ławce. Był jednym z najlepszych uczniów w klasie, znajdując się w czołówce „najszybciej uczących się pisać” dzieci. Ponadto, znakomicie liczył i nigdy nie przyszedł do szkoły nieprzygotowany. Dobrze pamiętam, że był znacznie bardziej zdyscyplinowany od innych dzieci. Grzeczny, ułożony, niezbyt głośny – czasem sprawiający wrażenie nieprzystępnego, wręcz wyobcowanego. Nie zmienia to jednak faktu, że był bardzo dobrym i powszechnie lubianym kolegą. Nasza znajomość przetrwała do dziś, tak więc w tej całej „nieprzystępności” chyba bardziej chodziło o jego specyficzny charakter.

    Natomiast moja „stała” znajomość z Wietnamczykami zaczęła się od krótkometrażowego filmu „Tuan”, który przygotowywałem do swojego portfolio. Bohaterami mojej etiudy jest przyrodnie rodzeństwo: Polak i niewiele od niego młodszy Wietnamczyk. Naturalnie musiałem zaangażować do tego projektu Wietnamczyków, co okazało się zadaniem bardzo trudnym – poszukiwałem nie tylko odtwórcy jednej z głównych ról, ale także jego filmowych kolegów i koleżanek, wietnamskiej opiekunki, tańczących Wietnamek i wreszcie aktora, który zagrałby wietnamskiego kucharza. Wszystko się udało! Choć łatwo nie było…

    Ziarnko: Dlaczego?

    Adrian R.: Po pierwsze, nie wszyscy Wietnamczycy chętnie angażują się w wolontariat. Najlepiej, gdy przy okazji jest szansa zarobku – zwłaszcza łatwego. Mam porównanie, ponieważ wcześniej znalezienie choćby trzydziestu statystów Polaków do mojego projektu było dla mnie kwestią piętnastu minut. Drugim problemem okazała się nieśmiałość Wietnamczyków. Choć niestety ze smutkiem stwierdzam, że przeważyła chęć łatwego zarobku. Godzinami przesiadywałem na Facebooku i wypisywałem wiadomości do wszystkich możliwych Wietnamczyków. Wielu z nich już na wstępie podziękowało mi za udział w filmie kręconym przez młodych ludzi „bez wynagrodzenia”. Szczęśliwie – po dwóch miesiącach poszukiwań – udało mi się skompletować całą obsadę. I tak to wszystko się zaczęło…

    Ziarnko: W Waszych relacjach dominują cechy kultury polskiej czy wietnamskiej?

    Adrian R.: Nie ma dominacji, jest raczej uzupełnianie się. Dziś mam nieraz wrażenie, że obydwie kultury przenikają się i zlewają w całość. W towarzystwie Wietnamczyków czuję się już swobodnie, jak ryba w wodzie. Do tego stopnia, że gdyby ktoś zapytał mnie o różnice między Polakami i Wietnamczykami nie wiedziałbym, co właściwie odpowiedzieć. Gdy jestem wśród Wietnamczyków uśmiecham się do siebie i przyznaję, że już nie umiałbym wyobrazić sobie dobrej imprezy albo wyjścia bez Azjatów. Moi biali znajomi tego nie rozumieją. Czasami zarzucają mi, że faworyzuję Wietnamczyków, ale nic na to nie poradzę, bo tak jest!

    Nie oznacza to wcale, że nie zdarzyło mi się nigdy poczuć wśród Wietnamczyków zagubionym. Czasem zdarzają się sytuacje, których jako Polak nie umiem zrozumieć, czasem nawet nie chcę. Jednak wierzę, że do wszystkiego można się przyzwyczaić. Poza tym jeżeli kolega/koleżanka Wietnamczyk jest wyrozumiały/a, to nigdy nie pozwoli ci czuć się nieswojo w jego/jej towarzystwie.

    Ziarnko: Jakie cechy, postawy Wietnamczyków są dla Ciebie inspiracją ?

    Adrian R.: U Wietnamczyków lubię bezpośredniość. Bywają szczerzy do bólu, ale najczęściej nie z przekąsem. Po prostu mówią, co myślą.

    Imponuje mi szacunek jaki Wietnamczycy okazują starszym. Żaden mój kolega nie sprowokuje kłótni ze starszym od siebie Wietnamczykiem lub Wietnamką – nawet z Polakiem i nawet jeśli mówimy tutaj o różnicy dwóch, trzech lat. Po kilku głębszych oczywiście mogą wystąpić różne sytuacje, ale zazwyczaj uważnie tego pilnują.

    Uwielbiam PRAWDZIWE wietnamskie jedzenie. Nie rozumiem, dlaczego Wietnamczycy nie chcą z nim „wyjść” do Polaków. Wietnamki są bardzo kulturalne, nie tak krzykliwe jak niektóre Polki. Z drugiej strony zastanawiający jest fakt, jak bardzo niektóre (podkreślam NIEKTÓRE) młode Wietnamki są podatne na gruby portfel i jak istotną rolę ogrywa on w ich życiu.

    Ziarnko: A czy są jakieś „nie lubię”?

    Adrian R.: Nie lubię, gdy Wietnamczycy rozmawiają w moim towarzystwie po wietnamsku. Zawsze zwracam na to uwagę. Zazwyczaj szybko mnie przepraszają i przechodzą na język polski. Chodzi oczywiście o sytuację, gdy np. siedzimy razem przy stole, albo idziemy gdzieś w swoim towarzystwie. Przyznaję też, że trudno mi się przyzwyczaić do azjatyckiego sposobu spożywania posiłków. Całym sercem rozumiem obyczaje i pojęcie okazywania szacunku gospodarzom według kultury wietnamskiej, ale ponieważ sam zostałem wychowany według modelu zachodniego, na dźwięk „ssącego się makaronu” lub mlaskania automatycznie włącza mi się czerwona lampka.

    Inną sprawą jest to, że Wietnamczycy troszkę inaczej pojmują gust modowy. Ponieważ dla niektórych z nich ważna jest przede wszystkim marka, niekiedy wrzucają na siebie wszystko, co się da. A to czasami moim zdaniem wygląda kiczowato. Trzeba jednak przyznać, że Wietnamczycy, którzy mają gust, ubierają się znacznie lepiej i z większym wyczuciem mody niż Polacy.

    Nie wszyscy wiedzą też, że niektórzy Wietnamczycy to straszni PLOTKARZE!!! Trzeba uważać na to co i komu się mówi. Żadna tajemnica się nie uchowa.

    Trudno mi zaakceptować fakt, że wietnamscy rodzicie bywają bardzo surowi dla swoich dzieci. Czasami przykro mi, gdy widzę, jak mój przyjaciel smuci się, że „zawiedzie rodziców”. Jest to jednak inna kultura i potrafię zrozumieć, że między innymi poprzez stawianie dużych wymagań okazują dzieciom miłość. Natomiast żal mi młodych Wietnamczyków, ponieważ czasem odnoszę wrażenie, że są wychowywani tak jakby wciąż żyli w Wietnamie, a przecież będąc w Polsce dorastają już w zupełnie innej rzeczywistości niż ich rodzice. Przez to może pogłębiać się w nich poczucie braku przynależności.

    Wietnamczycy mają też wybuchowy temperament: wytrącony z równowagi Wietnamczyk bywa tragicznie denerwujący i wtedy może być uszczypliwy.

    Ziarnko: Dokończ zdanie „Przyjaciel Wietnamczyk…”

    Adrian R.: Przyjaciel Wietnamczyk jest bardzo czuły. Nie wstydzi się – to zaskoczenie – okazywać ci swoich uczuć, np. przytulić cię. Jeśli może pokazać ci, że jesteś dla niego ważny, zrobi to przy każdej okazji i pójdzie na niejedno ustępstwo, by sprawić ci przyjemność. Wietnamczycy są bardzo namiętni. Choć z początku wycofani i ostrożni, gdy się otworzą potrafią pokazać ci cały swój niezwykły świat. Wietnamczyk zna znaczenia słów: „przyjaźń” i „lojalność”.

    Przyjaciel Wietnamczyk nie zniesie twojego cierpienia. ZAWSZE stanie w twojej obronie i nie pozwoli, by ktoś cię skrzywdził. Choćby miało go to kosztować kilka zębów. Może czasem i nazbyt impulsywnie, ale reaguje od razu. Wietnamczyk, jeśli oczywiście nie mamy do czynienia z zagorzałym plotkarzem,  jest fantastycznym słuchaczem i dobrze doradza.

    Ziarko: Czyli odkładamy stereotypy i nieśmiałość do szuflady i próbujemy innym kulturom przyjrzeć się z bliska?

    Adrian. R.: Zdecydowanie tak. Mnie Wietnamczycy bardzo wzbogacili. Dzięki przyjaźni z nimi nauczyłem się, że pewne dotyczące ich stereotypy są prawdziwe, a inne to jakiś głupi blef. Nie tak wiele nas od siebie różni! Owszem, wywodzą się z innej kultury, z dalekiej Azji,  pięknego Wietnamu. Mają skośne oczy, proste i ciemne włosy, ciemniejszy kolor skóry. A jednak w wielu kwestiach są tacy jak Polacy! Również mają swoje lęki i pragnienia. Także marzą, chcą kochać i być kochani. Nie lubię, gdy ktoś wypowiada się o nich w sposób „egzotyczny”, albo wyciąga na ich temat pochopne wnioski. Większość z nich jest błędna. Dla mnie Wietnamczycy są najwspanialsi pod słońcem, a to właśnie dlatego że tak zwyczajni, również ze swoimi wadami. Każda nacja je ma. I to właśnie nas do siebie zbliża.

    Koniec części 1.

  • Z Torunia do Ha Noi za jeden uśmiech

    Wietnam przyciąga jak magnes. Historia Krzyśka Sz. z Torunia jest tego dowodem. W najśmielszych marzeniach nie planował tak egzotycznej podróży. Ale los sprawił mu miłą niespodziankę :)….

    Nie trafiłeś do Wietnamu jak większość turystów, to była prawdziwie „wygrana na loterii”!

    Tak. Wycieczkę do Wietnamu wygrałem w konkursie organizowanym przez firmę, w której pracuję. Całą sytuacją byłem strasznie podekscytowany, ponieważ nigdy tak naprawdę nie byłem za granicą. Nie mogłem uwierzyć, że spotkało mnie takie szczęście i żeby nie zapeszyć nie chwaliłem się tą wygraną. Powiedziałem o tym jedynie najbliższej rodzinie i przyjaciołom. Pomyślałem „Uwierzę, jak wsiądę do samolotu”.

    I jak przywitało Cię Ha Noi?

    Gorącem i wilgotnością! Od razu dało się poczuć tropikalny klimat po wyjściu z klimatyzowanego samolotu. Ciężko się oddychało, optyka w aparacie skapitulowała. Dopiero po paru minutach organizm się przyzwyczaił, a lustra w aparacie odparowały i można było pstrykać zdjęcia.

    Co Cię najbardziej zaskoczyło?

    Cały czas jestem pod wrażeniem tego, jak zorganizowany jest ruch drogowy w Wietnamie. W trakcie pobytu było parę sytuacji, które wzbudzały we mnie skrajne emocje: od śmiechu po przerażenie.

    Na rondo wszyscy wjeżdżają bez jakichkolwiek zasad pierwszeństwa. Skutery, rowery, autobusy, auta – wszyscy mijają się centymetry od siebie. Do tego na okrągło trąbią i dźwięk klaksonów dudni w uszach. Kierowcy używają klaksonów do wszystkiego: by zasygnalizować skręcanie, wyprzedzając, dając znać pieszym że jadą za nimi. Zauważyłem, że jedyna zasada jaką się kierują na drodze to „Większy pojazd, z głośniejszym klaksonem ma pierwszeństwo i trzeba mu się usuwać z drogi”.

    Również komunikacja miejska rządzi się swoimi prawami. Raz  byłem świadkiem sceny, jak autobus miejski po kilku minutach czekania, by wjechać na skrzyżowanie – zwyczajnie wjechał na chodnik i je objechał!

    Do tego Wietnamczycy na skuterze potrafią przewieźć dosłownie wszystko – począwszy od kilku świnek, po wielką szafę rozebraną na części. Widziałem też 5-ciu Wietnamczyków jadących na jednym skuterze. Jakby tego było mało, kierowca jechał i  pisał jeszcze SMSa na komórce.

    Czy Wietnam kojarzy Ci się z hałaśliwym miastem czy egzotyczną przyrodą?

    W mieście faktycznie jest tłoczno i głośno, ale wycieczka po Ha Long pokazała mi, że można tam też znaleźć miejsca dla ukojenia zmysłów. Widoki zapierały dech w piersiach, pogodę mieliśmy piękną, pływalismy luksusową łodzią o wysokim standardzie, personel na łodzi był dla nas bardzo miły. Zwiedzaliśmy pływające wioski. To było bardzo ciekawe doświadczenie.  Widziałem jak ludzie tam żyją, jak łowią ryby, można było zamienić parę słów, podobało się to, że wszyscy byli bardzo zaangażowani w swoje obowiązki – dorośli, dzieci, całe rodziny. Mimo, że słyszy się, że nie mają łatwo, nie zarabiają dużo – widać po nich, że dają radę i cieszą się z życia, u każdego na twarzy rysował się uśmiech. Pływaliśmy też kajakami po zatoce wśród wapiennych skał. Niektóre z nich były tak wyżłobione przez wodę, że można było przepłynąć pod nimi. Widoki niesamowite!

    W programie wycieczki była też niespodzianka. Wieczorem zakotwiczyliśmy przy jakiejś plaży. Było już ciemno, więc kto chciał, zrzucał ciuchy i dawaj do wody! Noc była ciemna, woda bardzo ciepła, leżałem sobie na plecach kołysany wodą i patrzyłem w rozgwieżdżone niebo. Cudownie się wtedy czułem!

    .

    Jednym słowem rozkosz dla zmysłów! A co z podniebieniem, też było tak niebiańsko ?

    Jeśli ktoś lubi łososia, polecam spróbować w Wietnamie. To była prawdziwa rozkosz dla podniebienia. Świeży, miękki, rozpływał się w ustach, miał piękny i naturalny pomarańczowy kolor – po prostu przepyszny! Poza tym owoce: owoc smoka, arbuz, longany. Pierwszy raz też w Wietnamie spróbowałem „passion fruit”. Ma niesamowicie słodki i orzeźwiający smak. A na deser obowiązkowo „zielone ciasteczka ryżowe”.

    Skusiłem się też na parę potraw, gdzie do końca nie wiem co zjadłem. Miałem raz ochotę na porządny kawałek mięsa. Zjadłem przepyszną kiełbaskę, wyglądała jak nasze polskie parówki drobiowe. Ale nie wiem z czego była zrobiona, to już pozostanie tajemnica kucharza.

    Było też kilka potraw, na które się prawie skusiłem, ale w końcu nie odważyłem się skosztować. Na przykład miseczka zupy, która miała kawałki kosteczek w środku i wyglądała oraz pachniała jak nasza galaretka, tylko podawana na gorąco.

    Czy Wietnam jest dla turysty drogim krajem?

    Jak widać na zachowanym przez mnie paragonie, podatek VAT to jedyne 10%! Jak to zobaczyłem, pomyślałem sobie: W Polsce zarabiać, w Wietnamie żyć! Ale trzeba pamiętać, że ceny za towary i usługi dla turystów są wyższe.

    To oznacza, że trzeba się targować. Jak sobie z tym poradziłeś?

    Okazji do targowania się było sporo, niektóre były zabawne, innej mniej przyjemnie.

    Bardzo miło wspominam  kiedy w Ha Noi „dopadła nas” nas handlarka z koszulkami. Dobrze mówiła po angielsku, uśmiechała się i przyznam, że uległem i kupiłem. Nie utargowałem zbyt wiele, bo to były moje pierwsze zakupy w Wietnamie.

    Innym razem, w  Ha Long podeszła do mnie handlarka biżuterii z pereł.  Pociągnęła mnie za rękę, wcisnęła naszyjniki i zaczęło się targowanie, w języku angielskim. Utargowałem ile chciałem, ale koniec końców handlarka wydała mi o 10 USD za mało. Biegałem za nią i krzyczałem, żeby oddała ale okazało się, że przestała rozumieć angielski, powtarzała „I don’t understand”. Pomyślałem sobie „Ja ci dam nie rozumiem”! W końcu odpuściła,  widziała, że się nie poddaję. Pieniędzy jednak nie odzyskałem, wcisnęła mi za to w dłoń jeszcze 3 naszyjniki z pereł.

    Ciekawe wspomnienie związane z targowaniem się to handlarka koralików, którą spotkałem na wycieczce do pagody. Dosłownie włożyła mi na nadgarstek bransoletkę mówiąc „Remember me, souvenir, no money, for your save back from the jungle”. Kiedy już wracaliśmy, podeszła do mnie znów.  Chciałem jej zwrócić  bransoletkę, ale ona wciąż powtarzała „souvenir, no money”. Jednocześnie namawiała mnie na zakup innych koralików i naszyjników. Twardo obstawałem przy swoim, potem jednak żałowałem, że nic nie kupiłem. To była groszowa sprawa, a przyszła mi do głowy taka myśl, że może jakaś klątwa teraz na mnie rzucona jest przez tą bransoletkę?

    Czy jest jeszcze jakieś miejsce, które uważasz za warte polecenia?

    Wycieczka do groty Huong Tich była bardzo ciekawa, tajemnicza. Żeby tam dotrzeć, wzięliśmy z Ha Noi autobus do wioski My Duc, tam łodziami około godziny płynie się rzeką  Yen Vi. Kolejny etap, kto chciał – mógł pokonać kolejką. Ja wybrałem spacer. Trasa była trudna, cały czas schodki. Im bliżej groty to miałem wrażenie, że te schodki były coraz wyższe. Również wilgotność i temperatura powietrza dawały się szczególnie we znaki. Byłem cały mokry a pot dosłownie spływał ze mnie – do oczu, nosa, ust.  Uroki tropików, nie było na mnie ani jednej suchej części ubrania. Na własnej skórze przekonałem się, że w tym klimacie trzeba mieć zawsze nakrycie głowy. Kiedy już dotarliśmy do groty, moja głowa była dosłownie cała czerwona od słońca, chociaż cały czas było pochmurno. W samej grocie było bardzo tajemniczo. Słychać było jedynie odgłos kapiących ze skał kropel wody, przy bogato przystrojonych ołtarzach modliły się grupki ludzi.

    W trakcie wycieczki miał miejsce ciekawy incydent. Zauważyliśmy żółwia w misce. Był przywiązany sznurkiem do cegły i choć usilnie próbował, nie mógł sie wydostać. Tak nas wzruszył ten widok, że chcieliśmy go wykupić i uwolnić. Niestety handlarka podała cenę 40 dolarów i musieliśmy odpuścić.

     A co przywozi polski turysta na pamiątkę z wycieczki po Wietnamie?

    Najbardziej się cieszę z pięknej porcelany, ręcznie malowanej. Kupiłem ją już na lotnisku, więc przepłaciłem, ale nawet ten fakt nie odbiera mi radości z faktu jej posiadania. Przez całe 11 godzin w samolocie, trzymałem ją na kolanach, zawiniętą dodatkowo w moją bluzę z kapturem, żeby doleciała w jednym kawałku!

    Przywiozłem wiele typowo „wietnamskich” produktów:  „ryżówkę” Ruou Lua, kawy Trung Nguyen Creative, herbatę jaśminową, pałeczki. Chociaż raz w supermarkecie chciałem znaleźć „Traditional Vietnam tea” i wskazano mi na półce Liptona.

    Mam też nauczkę, żeby kupować od razu, bo potem może być okazji. I tak filtr do parzenia wietnamskiej kawy udało mi się kupić już w Polsce, na Allegro. Niestety wietnamskiego hełmu, czapki z gwiazdą czy jedwabnej koszulki nie mogę dostać nawet na ebay`u.

    Ponoć wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Chciałbyś wrócić do Wietnamu?

    Pobyt w Wietnamie wspominam wspaniale. Ujęła mnie kultura ludzi. Jako turyści, byliśmy bardzo szanowani, spotykaliśmy się na każdym kroku z życzliwością, serdecznością, uśmiechem. Śmiem twierdzić, że my Europejczycy, moglibyśmy się wiele uczyć od Azjatów.  Zauważyłem, że Wietnamczycy są bardzo pracowici, bez względu na rodzaj pracy jaką wykonują oraz zarobki jakie z niej czerpią. Większość ludzi, których mijałem na ulicy było uśmiechniętych i każdy był zajęty – każdy zapracowany, taki malutki chaos.

    Wietnamskie kobiety, nie dość że niektóre są zjawiskowo piękne to do tego są jeszcze wrażliwe, lojalne, cierpliwe, wyrozumiałe i bardzo zaradne. Dodatkowo niektóre są tak zjawisko piękne, że dla takiej Wietnamki można stracić głowę i chcieć już zostać tam na zawsze! Mając na uwadze historię tego kraju i jego bolesną historię, jestem naprawdę pełen szacunku dla jego mieszkańców. Nasza polska rzeczywistość wydaje mi się teraz bardziej szara. Chłód to nie tylko element naszego klimatu, ale też ludzie w Polsce częściej mają smutne twarze. Biorąc zatem pod uwagę życzliwość ludzi, urodę wietnamskich kobiet, różnorodność smaków, życzliwość ludzi i oczywiście niski VAT – zdecydowanie chciałbym wrócić do Wietnamu, by przeżyć kolejną przygodę!

  • Wietnamski pacjent

    Wietnamski pacjent

    Wietnamczycy w Polsce przeważnie kojarzą się z małą gastronomią i handlem. Są to głównie przedstawiciele pierwszego pokolenia emigrantów. Ich dzieci kształcące się już w Polsce, wybierają inne ścieżki kariery niż ich rodzice. Coraz częściej możemy się spotkać z wietnamskim informatykiem, architektem czy lekarzem.

    Historia pracującej w Polsce lekarki, Wietnamki Thu Huong Dang, jest sentymentalną podróżą do korzeni. Dzięki zgodzie Pani Huong na opublikowanie tej historii na Ziarnku, wkorczycie w świat realiów wietnamskich pacjentów w Polsce.

    Artykuł w oryginalnej wersji pt. „Największy potencjał drzemie w różnicach – rzecz o wietnamskich pacjentach w Polsce” został zamieszczony na łamach kwartalnika „Problemy Higieny i Epidemiologii” 2012, 93(1)
    http://www.phie.pl/pdf/phe-2012/phe-2012-1-229.pdf

    Z Wietnamu do Polski

    Miałam 10 lat, kiedy przyjechałam na stałe do Polski. Byłam bardzo podekscytowana, że będę mieszkać w nowym kraju. Z małej miejscowości w północnym Wietnamie wyruszyliśmy z Tatą, Mamą i moim młodszym bratem w nieznane. No, może nie w takie nieznane, bo mój ojciec przyjechał do Polski w 1988 r. na studia doktoranckie w ramach umowy między państwami obozu socjalistycznego. Ojciec często pisał do nas listy, przesyłał pocztówki, czasami prezenty – dla mnie egzotyczne, tak jak rosyjska lalka – matrioszka, pachnące mydła, kolorowe gumki do włosów. Opowiadał dużo o Polsce i Polakach, o śniegu, o podróży samolotem. Prosiłam go o to, by nauczył mnie kilku zwrotów w tym języku. Budząc się rano często udawałam, że jeszcze śpię i mówię po polsku przez sen.

    Przyjazd do Polski był moim dziecięcym marzeniem. Polska w moich wyobrażeniach była bogatym krajem, z mnóstwem zabawek i kolorowych ładnych ubrań; a język polski był najpiękniejszy. Życie w Wietnamie było ciężkie, chociaż naszej rodzinie, w porównaniu z innymi, wiodło się nienajgorzej. Moja matka była nauczycielką z pensją i kartkami na żywność, które zapewniały nam życie na minimalnym poziomie. Matka wiele razy mówiła nam, że gdyby nie pomoc dziadka (jej ojca), to byśmy umarli z głodu. Prawda była okrutna: praktycznie co tydzień jeździła do dziadka po ryż, jajka, często też po leki.

    Mój dziadek znachor – obrazy z przeszłości

    Mój dziadek był w Wietnamie znanym znachorem. Słyszeli o nim nie tylko ludzie z okolicznych wsi, ale także przyjezdni z drugiego końca kraju. Praktykował chińską sztukę leczenia opartą na ziołolecznictwie. Jako mała dziewczynka zapamiętałam, że oprócz antybiotyków i witamin, tych przysyłanych przez ojca z Polski, istnieją tzw. „północne” leki dziadka i „południowe” – tzw. wietnamskie przygotowywane przez innych znachorów. W komunistycznym kraju funkcjonowały nieliczne apteki, ale nie wszystkich było stać na drogie leki.

    Dziadek przyjmował pacjentów bez przerwy. Jego dom zawsze kojarzyć mi się będzie z zapachem leków. Wciąż widzę jak na ganku i na podwórzu suszą się owoce, korzenie, skórki, ziarna, pestki – mnóstwo różnych kolorowych, pachnących ziół. W kuchni babcia gotowała w czajniku na jednym trójnogu leki, a na drugim suszyła je w wielkiej patelni. W oddzielnym pomieszczeniu dziadek przyjmował pacjentów, którzy po zdiagnozowaniu i przygotowaniu odpowiedniej dawki leków, zaleconych przez dziadka, z wdzięcznością przekazywali na jego ręce koszyk owoców, ryżu, jajek, czasem koguta, rzadko pieniądze.

    Lubiłam kręcić się obok dziadka podczas tych wizyt, bo często dostawałam od niego małą laskę cynamonu. Do dziś uwielbiam zapach cynamonu i ten jego cierpko słodki smak. Musiałam się jednak z tym kryć, bo mama twierdziła, że cynamon powoduje próchnicę zębów. Często podpatrywałam dziadka i to jak rozmawia z chorymi, jak przeprowadza wywiad, bada swoich pacjentów. Używał zwykle stetoskopu. To dziadek pierwszy raz pokazywał mi – kilkuletniej dziewczynce – jak działa stetoskop. To było niesamowite wrażenie, kiedy odkryłam, że serce tak głośno bije. Często bez wiedzy dziadka przykładałam membranę stetoskopu do swojej klatki piersiowej i wsłuchiwałam się w jego rytm. To wtedy nauczyłam się jak wyczuwać tętno na nadgarstku.

    Dziadek miał białą brodę i zęby farbowane na czarno, ponieważ żuł betel. To tradycja, odwieczna wietnamska tradycja, ułatwiająca nawiązywanie kontaktów międzyludzkich, szczególnie podczas ważnych uroczystości, jak zaślubiny, święto Nowego Roku, pogrzeb. Betel żuje cała Azja, a jego skład zależy od regionu i państwa. Betel to mieszanka orzechów arekowych, tytoniu, wapna palonego – zawiniętych w liść pieprzu betelowego. Żucie betelu powoduje, że po jakimś czasie zęby nierównomiernie ciemnieją, dlatego przed pierwszą konsumpcją większość żujących farbuje je dla uzyskania jednolitego koloru. Malowanie, czy barwienie zębów to nic innego jak czynność czysto estetyczna i wymagająca wielkiej wprawy. Nie każdy może barwić zęby na czarno. Ciekawa jestem, czy dziadek wiedział, że żucie betelu zwiększa 8- do 10-krotnie zapadalność na raka jamy ustnej?

    Wietnamski lekarz w Polsce pilnie potrzebny

    Swoją ścieżkę zawodową wybrałam zainspirowana powołaniem mojego dziadka. W Polsce skończyłam studia medyczne, zostałam lekarzem. Wybrałam medycynę rodzinną, dzięki temu mam kontakt z pacjentami w różnym wieku, z różnymi problemami zdrowotnymi. Moimi pacjentami są tak Polacy jak i Wietnamczycy.

    Bariera językowa i różnice kulturowe sprawiają jednak, że trudniej jest diagnozować i leczyć choroby u imigrantów. Co prawda w rozmowach z lekarzami pośredniczą tłumacze, ale i oni często sami mają trudności z językiem polskim.

    Dobrym przykładem obrazującym taką sytuację jest historia jednej z moich wietnamskich pacjentek. Przez parę lat chodziła w Polsce prywatnie do różnych specjalistów, diagnozowała się w kilku szpitalach i przechodziła wiele specjalistycznych badań. W końcu, mimo posiadanego w Polsce ubezpieczenia zdrowotnego, zdecydowała się na wyjazd do Wietnamu. Nasilające się objawy uniemożliwiały jej pracę. Lekarze w Wietnamie, po przeprowadzeniu z nią wywiadu, zdiagnozowali depresję Przyjęła leki antydepresyjne i „cudownie” wyzdrowiała.

    Wietnamski pacjent inaczej też rozmawia z lekarzem. Zarówno strach utrwalany wiele lat przez system totalitarny, jak i uwarunkowania kulturowe, powodują, że emigrant wietnamski nie mówi dużo o własnych przeżyciach i problemach, nie „wychyla się”. Takie zachowanie ma negatywny wpływ na relacje lekarz – pacjent. Podczas zbierania wywiadu  Wietnamczycy ograniczają się tylko do opisania najbardziej dokuczliwych problemów, przytakują, gdy lekarz daje zalecenia, zwykle nie zadaje dodatkowych pytań. Przeprowadzając wywiad zawsze dopytuję się: czy pan wszystko zrozumiał? Czy ma pan więcej pytań? Wtedy często uzyskuję dodatkowe informacje, które wpływają na moją decyzję leczniczą i pomagają mi bardziej precyzyjnie zdiagnozować problem.

    Leczą się sami

    Wietnamscy pacjenci leczą się ziołami. Znaczna grupa obywateli wietnamskich przebywających w Polsce nielegalnie nie ma możliwości ubezpieczenia się. Wizyta u lekarza jest odkładana, bo diagnostyka trwa wiele dni i nie stać ich na płacenie kosztów pobytu w szpitalu. Wtedy wracają do Wietnamu. Prawie wszyscy Wietnamczycy chcą umierać w kraju, otoczeni swoimi rodzinami.

    Niebezpieczeństwo jakie niesie z sobą ta praktyka jest takie, iż często uważają ziołowe leki za nieszkodliwe, nie mające skutków ubocznych. Często pytani przeze mnie, czy przyjmują jakieś leki, odpowiadają, że nie – nawet jeśli zażywają zioła, gdyż dla nich nie są to leki w medycznym znaczeniu. Staram się w swojej praktyce im uświadomić, że przyjmowanie niesprawdzonych i niezbadanych medykamentów jest dość ryzykowne. Poza tym nie wiadomo, czy składniki tych leków nie są już przeterminowane, nie mówiąc o ich odpowiednim przechowywaniu (np. nierzadko pakowane są w gazetę).

    Często pacjenci leczą się sami – domagają się przepisania leków, które pomogły ich znajomym. Niestety z różnym skutkiem. Dopiero w ostateczności, kiedy wszystkie polecone leki zostały zastosowane i nie przyniosły ulgi, Wietnamczycy zgłaszają się do lekarza. Nierzadko choroba okazuje się banalna i po konsultacji udaje się zastosować skuteczne leczenie. Bywają jednak przypadki, gdy chory zgłaszający się do lekarza znajduje się już w stanie terminalnym.

    Zupełnie inaczej wygląda sytuacja, gdy chodzi o leczenie dzieci. Mimo wysokich kosztów związanych ze szczepieniami, badaniami diagnostycznymi i konsultacjami, wietnamscy rodzice nie oszczędzają na swoich dzieciach. Dzieci są dla nich najcenniejszym skarbem. Co ciekawe, często w obecności rodziców mówię do moich małych wietnamskich pacjentów po polsku, bo w tym języku lepiej się wysławiają.

    Najważniejsze to pomagać

    Ze strony polskich lekarzy zdarzają się też przejawy ogromnej wyrozumiałości i chęci niesienia pomocy. Raz, będąca w ciąży pacjentka przebywająca nielegalnie w Polsce, skarżyła na bóle brzucha. Poszła do najbliższego szpitala, w rejestracji poinformowano ją i lekarza, że jako osoba nieubezpieczona musi zapłacić za wizytę. Niestety nie miała pieniędzy i powiedziała o tym badającemu ją lekarzowi. Pan doktor, mimo to przeprowadził badanie. Następnie  doradził jej, by wyszła tylnym wyjściem, a on powie, że uciekła. Tak też zrobiła. Następnego dnia ku jej wielkiemu zdziwieniu, doktor zatelefonował zapytać jak się czuje i poinformować, że w razie potrzeby może jeszcze raz do niego przyjechać na badanie.

    Niemniej, są też przypadki, gdzie lekarz z wietnamskimi korzeniami jest w stanie lepiej pomóc pacjentowi. Pracując jako lekarz na styku dwóch kultur, mogę bardziej im pomagać, bo lepiej ich rozumiem: zarówno tych polskich i tych wietnamskich. Moja praca lekarza rodzinnego daje mi wiele satysfakcji i jest dla mnie niezwykle inspirującym doświadczeniem. Choć może to zabrzmieć banalnie, noszę w sobie głębokie przekonanie, że największy potencjał człowieka drzemie w różnicach. Warto byśmy o tym pamiętali.

  • Praktyczne informacje – wycieczka do Wietnamu. Lot, wiza, przepisy.

    Podróż do Wietnamu to niezapomniane przeżycie. Jest to jednak niebagatelna wyprawa, do której trzeba się dobrze przygotować. Podróżnik Tomek Pakuła przetarł już szlaki i w poniższym artykule dzieli się z Tobą swoim doświadczeniem.

    Jak, czyli „Panie, którędy na Wietnam?”

    Niewątpliwie, najwygodniejszym sposobem dostania się do Wietnamu jest droga lotnicza. Choć oficjalnie ceny biletów zaczynają się już od 1 500 złotych, to dokonując rezerwacji najpewniej zapłacimy ok. 2 000 zł lub więcej. Niedługo cieszyliśmy się komfortowymi – bezpośrednimi – połączeniami do Hanoi naszymi rodzimymi liniami LOT. Ich zaletą był krótki czas podróży (trochę ponad 10 godzin). Niestety, z końcem marca LOT wycofuje się z tej trasy.

    Większość dostępnych połączeń to połączenia z przesiadką w jednym z kilku europejskich portów lotniczych: Paryżu, Frankfurcie lub Moskwie. Połączenia obsługiwane przez rosyjski Aeroflot kuszą niską ceną, ale odradzano mi je po wielokroć strasząc częstymi przypadkami zagubienia bagażu i gorszą jakością obsługi. Decydując się na lot z przesiadką trzeba być przygotowanym na spędzenie 15-20 godzin w podróży.

    Warto też pomyśleć nad nieco droższą opcją lądowania w Hanoi i wylotu powrotnego z Sajgonu (lub na odwrót). Po pierwsze Wietnam jest po prostu stworzony, by zwiedzać go w kierunku północ-południe. Po drugie kończąc naszą podróż na jednym z końców Wietnamu oszczędzamy czas i pieniądze na powrocie do portu naszego przylotu. Tym, którzy chcieliby poczuć smak Wietnamu jeszcze przed lądowaniem, polecam skorzystanie z usług Vietnam Airlines dostępnych przy przesiadkach we wszystkich większych portach lotniczych Europy.

    Do Wietnamu można się dostać również drogą lądową przez jedno z licznych przejść granicznych od strony Kambodży, Laosu lub Chin. Dla hardcore’owców polecam podróż pociągiem przez Moskwę, Irkuck, Pekin, Wientian (Laos) do Hanoi. Podróż koleją transsyberyjską jest przygodą samą w sobie, jednak wymaga zarezerwowania wielokrotnie więcej czasu. Należy oczywiście pamiętać, by zaopatrzyć się w wizy wszystkich przekraczanych krajów.

    Wizy, czyli biurokracja nam niestraszna

    Istnieją dwa sposoby uzyskania wizy wietnamskiej. Najbardziej intuicyjną jest oczywiście uzyskanie jej w ambasadzie Wietnamu w Warszawie. Procedura taka trwa do 7 dni, a zwykle nie przekracza 3 dni. Wypełniamy prosty formularz, pozostawiamy paszport i uiszczamy opłatę wizową (200 zł za wizę jednokrotną ważną jeden miesiąc, 400 zł za wizę z ważnością do 3 miesięcy). Minusami tej opcji są: brak rzetelnej informacji przez Internet, informacja telefoniczna i obsługa na miejscu nierzadko tylko w języku wietnamskim/angielskim oraz dla osób z innych miast konieczność dojazdu do Warszawy

    Alternatywą jest uzyskanie promesy wizowej wydawanej przez Departament Imigracji w Wietnamie. Promesę taką można uzyskać u jednego z wielu polskich lub zagranicznych pośredników obecnych w Internecie, współpracujących z wietnamskimi biurami podróży. Procedura taka zwykle trwa do 3 dni i kosztuje 20-35 USD. W zamian uzyskujemy emailem kopię promesy, którą należy wydrukować i wraz ze zdjęciem i wypełnionym formularzem wizowym (dostępnym na lotnisku lub dostarczonym przez pośrednika) okazać w okienku „Visa on arrival” na lotnisku po przylocie. Za wystawienie wizy w tymże okienku dopłacimy jeszcze 25 USD w przypadku wizy jednokrotnej i 50 USD w przypadku wizy wielokrotnej. W kolejce do okienka możemy spędzić od 10 minut do nawet ponad godziny, dlatego warto dysponować już uprzednio wypełnionym formularzem wizowym i od razu skierować się do okienka w czasie, gdy wszyscy inni podróżni są zajęci jego wypisywaniem.

    Mimo, iż uzyskanie wizy z pomocą promesy (a w zasadzie jej kopii) może się wydawać ryzykowne i skomplikowane, w rzeczywistości jest to bardziej popularny (wśród turystów) sposób imigracji do Wietnamu. Dla wielu osób jest to wygodniejsze i przy okazji tańsze rozwiązanie niż w przypadku ambasady. Należy jednak pamiętać, że dzięki promesie uzyskamy jedynie wizę przekraczając granicę Wietnamu w porcie lotniczym.

    Kiedy, czyli o zawiłościach klimatu

    Z uwagi na porę deszczową trwającą od połowy maja do końca września, rekomendowanymi porami na odwiedzenie Wietnamu jest wiosna i jesień. Choć osobiście nie odczułem niedogodności pory deszczowej, to należy pamiętać, że w miesiącach o największej intensywności opadów w miastach leżących w deltach rzek zdarzają się powodzie, a na południu kraju możliwe są tajfuny.

    Za wiosennym i jesiennym sezonem przemawiają także temperatury. Latem, zwłaszcza na północy kraju, temperatury mogą się sięgać nawet 40 stopni w cieniu, co wraz z dużą wilgotnością powierza może być uciążliwe.

    Na południu kraju, gdzie dominuje klimat podrównikowy, jest ciepło przez cały rok. Północna część Wietnamu leży w strefie klimatu zwrotnikowego i widoczny jest tu podział na cztery pory roku. Zimą temperatura w Hanoi potrafi spaść do 10 stopni Celsjusza, a w rejonach górskich wraz z niewielkimi mrozami możliwe są opady śniegu. Niemniej jednak, warto przyjechać do Wietnamu zimą w okresie chińskiego nowego roku, kiedy ulice wypełnione są barwnymi korowodami, niebo wypełniają fajerwerki, a my mamy szansę zetknąć się z jedną z najważniejszych tradycji tego kraju.

    Money, money, money, czyli za ile

    Walutą wietnamską jest đồng. Aktualny przelicznik to ok. 1,5 złotego za 10 000 đồngów. Generalnie w Wietnamie turyści nie powinni spodziewać się cenowego Eldorado, choć ceny są wyraźnie niższe niż w Europie, zwłaszcza za egzotyczne dla nas owoce. Należy pamiętać, że w miejscach takich jak bazary i targowiska oraz wszędzie tam gdzie nie ma wywieszonych cenników, obowiązują ceny umowne. Może się zdarzyć, że wskutek swojego prestiżowego wyglądu dostaniemy cenę 5-6 krotnie wyższą od normalnie obowiązującej. Dlatego należy się targować, a znajomość choćby kilku słów po wietnamsku pozwoli nam zjednać sobie sprzedawcę.

    W dużych miastach nie ma problemów z wypłatą waluty w bankomatach. Zawsze warto mieć trochę gotówki przy sobie, jako że w wielu miejscach jest ona jedynym sposobem płatności.

    Biorąc pod uwagę powyższe ceny i dwutygodniowy pobyt dwóch osób, na akomodację w hotelach *** wydamy 2 300 – 2 500 złotych, na jedzenie w restauracjach średniej kategorii 1 200 – 1 400 złotych. To daje nam budżet ok. 1 700 – 2 000 złotych na osobę. Można i taniej, zwłaszcza jeżeli jesteśmy znoszącym wszystko backpackerem lub po prostu niewybrednym turystą. Poniżej przedstawiam listę przykładowych cen, którą przygotowało dla mnie kilku moich przyjaciół z Hanoi i Sajgonu. Możecie być pewni, że jest to wykaz najbardziej aktualny z możliwych i jednocześnie da wam obraz tego, czego można się spodziewać.

    tys. đồng złoty
    paliwo 1l 20,5 3,08
    piwo 0,5l 17 2,55
    wino z okolic Dalat 0,75l 70 10,50
    Coca-cola 2l 18 2,70
    mleko 1l 30 4,50
    ryż 1kg 19 2,85
    mango 1kg 30 4,50
    banany, kiść 15 2,25
    kurczak, cały 150 22,50
    świeży sok lub drink kupiony na ulicy 15 2,25
    Lody 10 1,50
    kawa w restauracji 30 4,50
    phở  (zupa rosołowa, duża micha) 25 3,75
    przeciętny lunch jednodaniowy 25 3,75
    dobry obiad dla dwojga 200 30,00
    zestaw McDonaldzie 70 10,50
    kanapka na ulicy 12 1,80
    bilet lotniczy Hanoi-Sajgon, w jedną stronę 1 500 225,00
    hotel **, za noc, pokój 2 os. 300 45,00
    hotel ***, za noc, pokój 2 os. 500-600 75,00-90,00
    kolejowy bilet powrotny Hanoi-Sa Pa, siedzący 180 27,00
    kolejowy bilet powrotny Hanoi-Sa Pa, sypialny 600 90,00
    Wycieczka z Hanoi do Ha Long z noclegiem na łodzi 500-700 75,00-105,00
    t-shirt od 50 od 7,50
    strzyżenie męskie 30 4,50
    strzyżenie damskie 30-250 4,50-37,50
    1 godzina w kafejce internetowej 3 0,45
    bilet na miejski autobus w Hanoi 3 0,45

     

    Tiếng Việt, Tiếng Anh czyli koniec języka za przewodnika

    W Wietnamie w wielu miejscach porozumiemy się w języku angielskim. Po angielsku powszechnie mówią tu ludzie młodzi (zwłaszcza na południu Wietnamu) i osoby z tzw. obsługi ruchu turystycznego. Poruszanie się po tym kraju nie powinno więc nastręczać trudności. Warto jednak nauczyć się chociaż kilku słów, które ułatwią nam komunikację (zwłaszcza na terenach „nieskażonych” turystycznie) i zyskanie przychylności twardo negocjujących sprzedawców. Wietnamczykami bardzo często zadają pytanie o wiek rozmówców, gdyż sposób zwracania się do osób starszych i młodszych różni się, co jest wyrazem grzeczności i szacunku.

    Wiele wyrazów pochodzi wprost z języka francuskiego lub angielskiego, ale ich zapis jest fonetyczny, zgodnie z zasadami ortografii wietnamskiej: kawa – cà phê [ka fe], piwo – bia [bia], czekolada – sô cô la [so ko la], film – phim [fim], kino – xi ne [si ne], marchew – cà rốt [ka rot] lub jest intuicyjnych dla Polaków, jak np. babcia – bà, mama – mẹ i przez to łatwiejszych do zapamiętania.

    Prostota gramatyki m.in. czasów, tworzenia złożonych liczebników, brak odmian, czyni język wietnamski prostszym niżby mogłoby się początkowo wydawać.

    W celu oswojenia się z językiem wietnamskim polecam kieszonkowy słownik Lonely Planet z serii „Phrasebooks” lub jego polski odpowiednik – „Wietnamski kieszonkowy” wydawnictwa Nowela. Zawiera on 3 500 słów i fraz uszeregowanych w praktyczny sposób, wraz z bardzo przystępnym tłumaczeniem prostej wietnamskiej gramatyki i wymowy.

    Pan kotek był chory, czyli jak sobie radzić w sytuacjach awaryjnych

    Wszyscy wiemy, że najlepiej nie chorować, co jednak zrobić w sytuacji, gdy pomoc lekarska okaże się konieczna?

    W Wietnamie prywatna pomoc medyczna rozwija się bardzo dynamicznie i oferuje usługi o lepszym standardzie niż kliniki państwowe. W przypadku konsultacji zapłacimy za nią od 500 tyś do 2 mln đồngów, czyli od 75 do 300 złotych w zależności od standardu placówki. Posiadanie ubezpieczenia podróżnego pozwoli nam odzyskać koszty leczenia od naszego ubezpieczyciela. W Hanoi najbardziej godnym polecenia jest Francuski Szpital Kliniczny (całodobowa gorąca linia: +84-4 3574 11 11). W Sajgonie jest wiele prywatnych klinik medycznych nastawionych na obcokrajowców i turystów, np. FV Hospital (tel. +84-8 54 11 34 31) z obsługą w języku angielskim.

    Ponieważ Wietnamczycy przykładają dużą uwagę do świeżości składników i przygotowywania posiłków trudno w tym kraju o kłopoty żołądkowe, jednak osoby wrażliwe na inną florę bakteryjną powinny zabrać ze sobą środki na biegunkę. Pamiętajmy też, że w krajach tropikalnych najlepszą profilaktyką jest przestrzeganie podstawowych zasad higieny i unikanie spożywania wody nieprzegotowanej.

    Choć w Wietnamie nie występuje jakakolwiek epidemia, to Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) zaleca kilka szczepień profilaktycznych na: wirusowe zapalenie wątroby A i B, błonicę, tężec i polio oraz dur brzuszny i wściekliznę.

    Warto jest zabrać ze sobą podróżną apteczkę, w tym zapas leków – jeżeli przyjmujemy jakieś regularnie, na wypadek, gdyby na miejscu okazały się niedostępne. Lepiej zabrać medykamenty w oryginalnych opakowaniach na wypadek podejrzeń o przemyt narkotyków.

    Z uwagi na klimat, przed wyjazdem należy zaopatrzyć się krem z filtrem i koniecznie nakrycie głowy. Na miejscu z łatwością kupimy bardzo popularne cienkie peleryny foliowe, które ochronią nas przed nagłym deszczem i zajmują niewiele miejsca w podręcznym bagażu.

    Przezorny zawsze ubezpieczony, czyli jak o siebie dbać

    Wietnam jest krajem bezpiecznym, jednak należy pamiętać, że tak jak w wielu innych miejscach na świecie o wzmożonym ruchu turystycznym, należy zachować zwykłą ostrożność. W Sajgonie, podobnie w wielu dużych miastach świata, są dzielnice, którymi nieprzyjemnie spaceruje się nocą.

    Z pewnością nie trzeba się obawiać płacenia kartą w dużych centrach handlowych i renomowanych restauracjach, ale  w innych miejscach warto jednak zachować zwykłą ludzką ostrożność, gdyż w Wietnamie nie ma praktycznie możliwości ścigania kradzieży z kart kredytowych.

    W razie nieprzyjemnych sytuacji przydatne też mogą się okazać numery awaryjne: na policję – 113 i publiczny numer alarmowy – 115.

    Przepisy celne, czyli jeszcze słów kilka o przekraczaniu granicy w obie strony

    W Wietnamie obowiązują surowe przepisy dotyczące posiadania narkotyków. Posiadanie nawet niewielkiej ilości jest zagrożone karą wieloletniego więzienia, a za przewożenie ilości wskazującej na cel handlowy – nawet karą śmierci. Na granicy należy tez zadeklarować przewożona gotówkę w kwocie powyżej 3 000 USD lub przedmioty o znacznej wartości.

    Wracając do kraju upewnijmy się, że nasze pamiątki nie naruszają przepisów o ochronie dóbr kultury. Nie warto też ryzykować przewożąc alkohol z zamarynowanymi w nim okazami zwierząt. Może się bowiem okazać, że o ile z butelką wódki z wężem zostaniemy wypuszczeni z Wietnamu, to zostanie ona nam odebrana przez celników w jednym z europejskich portów lotniczych i może się stać przyczyną niepotrzebnych kłopotów wskutek uchybienia regulacjom o ochronie zwierząt.

     

     

     

    Bon voyage!

    Tomasz Pakuła

     

    Linki przydatne przy planowaniu podróży:

    Kompetentna strona o Wietnamie:
    www.abcwietnam.pl

    Strona polskiej ambasady w Hanoi
    http://www.hanoi.polemb.net/

    Informacje konsularne na stronie ambasady Wietnamu w Warszawie (tylko w jęz. ang. i wiet.):
    http://www.vietnamembassy-poland.org

    Alternatywny i tańszy sposób uzyskania wizy:
    http://www.wizawietnam.com (polska obsługa klienta)
    https://www.vietnam-visa.com/vaff450341

    Opinie o liniach lotniczych:
    http://www.pasazer.com

    Aktualny kurs wietnamskiego đonga (VND) do sprawdzenia zawsze na stronie NBP, tabela B: http://www.nbp.pl/home.aspx?f=/kursy/kursyb.html