Tag: zwyczaje

  • Klasyka wietnamskiej poezji – recenzja

    Poezja jest odzwierciedleniem ducha każdego narodu. Z przyjemnością prezentuję recenzję Pawła Załęskiego i zachęcam do zapoznania się z wietnamskimi klasykami poezji w antologii „Zwój wielkiej rzeki perfumowanej. Mała antologia wierszy wietnamskich X-XV wieku”.

    Trochę historii

    Jeśli mówimy o poezji wietnamskiej, musimy najpierw odnieść się do poezji chińskiej, z której wywodzi się nie tylko wietnamska, ale także poezja japońska i koreańska. Zgodnie z linią przekazów historycznych państwo Wietnamskie zostało założone w 2879r. p.n.e przez pochodzącą od chińskich bogów, dynastię Hong Bang. Zatem uważa się, że Wietnamczycy wywodzą się od przodków Żółtego Cesarza – Huang Di, uważanego za protoplastę Chin.

    Chiny niewątpliwie odegrały znaczną rolę w procesie kształtowania się kultury wietnamskiej. Znalazło to, swoje odbicie w mitologii, sztuce, muzyce, religii, medycynie i administracji politycznej. Można by zaryzykować stwierdzenie, że w swych początkach Wietnam był „tworem” Państwa Środka, ale naród „kraju południa”, posiadający tak ogromnego ducha walki, w obronie swojej tożsamości zaczął się wymykać wszelkim chińskim dogmatom i aprioryzmom, tworząc swój własny charakter Narodowy.

     Poezja wietnamska

    Początkowo poezja wietnamska znajdowała się pod silnymi wpływami „stylowości” chińskiej. Wietnamczycy swoje prace zapisywali znakami chińskimi, ale ich myśli i emocje były iście wietnamskie.

    Góry i Rzeki Południowego Cesarstwa

    Górami i rzekami Południa włada Cesarz Południa.

    Tak odwiecznie stanowi Księga Niebiańska.

    Jakże wiec ośmielacie się, barbarzyńcy, najeżdżać naszą ziemię?

    Wasze hordy bez litości będą unicestwione! [s.12]

    Ly Thuong Kiet (1019-1105)

    Począwszy od X w. literatura wietnamska zaczęła się usamodzielniać. Stworzono wtedy pismo Nom, wykorzystujące piktogramy chińskie do zapisu zgłosek wietnamskich. Dzięki Nguyen’owi Thuyen’owi, pismo to zaczęło umacniać swój charakter aż w końcu stało się oficjalnym pismem Wietnamu. W późniejszym okresie, gdy zmalały wpływy chińskie w Indochinach, podjęto pracę nad ujednoliceniem pisanego języka narodowego na bazie alfabetu łacińskiego. Udało się to, dzięki wysiłkowi misjonarzy portugalskich. Nowe pismo nazwano Quoc-ngu, którym zapisana jest literatura współczesna Wietnamu. Na przestrzeni wieków poezja wietnamska znacznie ewoluowała, lecz dwie jej podstawowe formy nie uległy zmianie. Są to: truyện – powieść i ngam – lament, pieśń. Zarówno pierwsza jak i drugą formę odnajdziemy w „Zwoju wielkiej rzeki perfumowanej”.

    O tomiku

    Klimat wnętrza tej cieniutkie,j ale jakże treściwej książeczki, oddaje wstęp:

    „Sztuka i poezja Wschodu, korzenie, których sięgają złociście olśniewającego mroku legendarnych Królestw Prapoczątku, ukazują człowieka kroczącego drogą wewnętrznej, subiektywnej, ale samodzielnej przemiany; człowieka zmieniającego się wraz otaczającą go naturą, ale też mocno z nią zrośniętego i od niej uzależnionego, że rozumie on, iż jest ona ułudą lub- co najwyżej – widzialną stroną tego, co wewnętrzne, ukryte i co dostrzega tylko oko kontemplacji- dar najdoskonalszego w swej pozazmysłowej i pozarozumowej pełni poznania.”

    W tomiku tym znajdziemy ponad osiemdziesiąt wierszy takich zacnych poetów i poetek jak: Truong Han Sien, Huyen Luang, Ly Thai Tong, Doan Van Kham, Dieu Nhan i innych. Ponadto, znajdziemy tu zwięzłe biografie poetów, dzięki którym czytelnik zyskuje cenne informacje o danym artyście.

    Dong tu – Zima (Z poematu o czterech porach roku) „Tu thoi khuc”

    Zapalam wodne trociczki, mała srebrna waza,

    Kieliszek wódki rozgrzewa o zimnym poranku.

    Chłód śniegu przenika cienka zasłonę,

    Wiatr strąca szron na zimna wodę.

    Piękna młoda kobieta, samotna wśród haftowanych tapet,

    Stoi za oknami uszczelnionymi papierem.

    Lecz oto, przywołuje sekretnie wiosnę,

    Na wzgórzu, na morelowym krzewie rozwija się wonny pączek. [s.79]

    Ngo Chi Lan (XV wiek)

    Antologia skompilowana przez Andrzeja Turczyńskiego, to wybór wierszy należących do nurtu „poezji wysokiej”. Swoją tematyką, a nawet formą, nie odbiegają jednak zbyt daleko od poezji ludowej. Tym zaś, co łączy obydwa nurty, jest manifestacyjne umiłowanie wolności, narodowej i politycznej suwerenności, a przede wszystkim mocne  zakorzenienie w buddyzmie. Znajdziemy tu nie tylko zgrabne wersy pisane z konfucjańską spolegliwością ,tak charakterystyczne dla chińskiej formy przekazu, ale także wiersze nawiązujące do pagód, gór i bonzów, mocno oddziaływujących na światopogląd wietnamski. Magiczność i ezoterykę odległych pustelni buddyjskich, czy po prostu poezję związaną z tęsknotą za uwolnieniem się od zwierzchnictwa Chin nad Wietnamem.

    Kompendium wiedzy

    „Zwój wielkiej rzeki perfumowanej” jest rzetelnym kompendium wiedzy o historii Wietnamu. W tym wspaniałym vademecum dla pasjonatów Dalekiego Wschodu, na uznanie zasługuje intrygująco napisana końcowa nota od autora (posłowie), będące swojego rodzaju rozprawą o nie rozumieniu świata wschodu przez ludzi zachodu. Autor demaskuje fałsz, którym odziane jest możnowładztwo człowieka, będącego w centrum zainteresowań myśli europejskiej, podczas gdy w rozumieniu wschodniej percepcji jest on tylko maleńką cząstką podległą naturze.

    Ludzkie piękno, to tylko chwilowy stan, ułuda. Gdy ciało się starzeje traci swój blask, podczas gdy sosna nawet w zimie jest zielona i nie zmienna przez wieki. Ludzka siła słabsza jest od siły wody i wiatru. Jak można dorównać błyskawicy?

    Dao-Xin, Paul Xiaolong

    Dla pasjonatów kultury chińskiej i wietnamskiej znajdzie się wiele prawdziwych „pereł w koronie”. Wszyscy zaś czytelnicy odkryją prawdziwe piękno klasycznej poezji chińsko-wietnamskiej, tak odmiennej od poezji europejskiej. Poezja ta jest subtelną esencję zaklętą w kartach zwoju. Jest to źródło sztuki i nauki wietnamskiej, której przesłanie, choć niekiedy trudne w odbiorze, jest nader uniwersalne. Każdy czytelnik doświadczy swoistej podróży w czasie, dowiadując się wiele o myśli filozoficznej i historii (antycznej) tego odległego kraju. Gorąco polecam!

    O autorze

    Paweł Załęski (Paul Xiaolong) – jest filozofem, poetą, publicystą, amatorem malarstwa  buddyjskiego. Jest badaczem kultury Chin, Wietnamu i Korei. Specjalizuje się w zakresie Dynasti Tang. Ponadto, pasjonuje się chińskimi i tajskimi sztukami walki, jest twórcą Dao-Xin – nowego nurtu filozoficznego oraz systemu walki.

    Bibliografia:

    „Zwój wielkiej rzeki perfumowanej. Mała antologia wierszy wietnamskich X-XV wieku”. Z francuskiego przełożył i posłowiem opatrzył Andrzej Turczyński. Wyd. Biblioteka Telgte 2008 r. Tłumaczenia wierszy dokonano na podstawie Antologie de la litterature vietnamienne, t. I, Des origines Au XVIIe siecle, Editions en languages etrangeres, Ha  Noi1973.

    Historia Wietnamu: Wikipedia
    Chiny. Kultura i tradycje. – Pimpaneau Jacques
    Historia Chin: Encyklopedia PWN 1998r.
    Konfucjusz – Dialogi.
    Historia Rzymu. Ziółkowski A. 2004.
    O literaturze wietnamskiej: artykuł wietnamskiego poety Lam Quang My i Paweła Kubiaka.

  • Studentem być!

    Do Ha Noi co roku przybywają setki studentów z całego świata, by uczyć się języka wietnamskiego. Spory odsetek stanowią Polacy, studenci takich kierunków jak filologia wietnamska w Poznaniu lub kierunków na Wydziale Orientalistycznym Uniwersytetu Warszawskiego.

    Ja też na na własnej skórze przekonałam się jak studiuje się w Wietnamie. Czego słowa nie powiedzą, dopowiedzą zdjęcia 🙂

    Gdzie się uczyć?

    Do wyboru są dwie opcje. Jedna z nich to Uniwersytet Narodowy ( Đại Học Quốc Gia). Tutaj najczęsciej studiują studenci z wymian. Najliczniejszą reprezentacją jest grupa studentów krajów słowiańskich (Rosja, Polska, Ukraina, Czechy) a z Azji – studenci chińscy.

    Jako osoba indywidualna, zdecydowałam się na roczny, niezależny kurs na Uniwersytecie Ha Noi  (Đại Học Hà Nội, dawniej Uniwersytet Języków Obcych). Ponieważ studiowałam w grupie z Chińczykami, pierwsze lekcje wietnamskiego prowadzone były… po chińsku! Dopiero co zaczynałam naukę, więc lekcja prowadzona w dwóch obcych, azjatyckich językach była prawdziwym szokiem. Szybko jednak okazało się też, iż jest to doskonała motywacja – postępy w nauce były jedyną szansą, by zrozumieć chociaż połowę z tego co się mówi na zajęciach.

    Czego się spodziewać?

    Jeśli wydaje Wam się, że na polskich uczelniach panuje bałagan, to znaczy że nie byliście w sekretariacie w Wietnamie. Podejście Wietnamczyków do życia „na luzie i z dystansem” przekłada się na każdą dziedzinę życia, również na edukację. Zajęcia mogą zostać odwołane w ostatniej chwili bez podania przyczyny, niektórzy prowadzący mogą wydać się niekompetentni, a warunki w jakich przyjdzie mieszkać i uczyć się, niestety odbiegają od standardów do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Dla każdego zagranicznego studenta jest to zatem wielki sprawdzian samodyscypliny.

    Pogoda też płata figle. Nieraz zdarzyło mi się iść na zajęcia po kolana w wodzie, bo akurat spadł ulewny deszcz. Zalane były partery akademików, uczelni, na zajęciach wszyscy suszyli klapki, odwijali nogawki spodni. Nieodzownym elementem wyposażenia pokoju stał się wentylator. Chłodziłam nim nie tylko siebie, ale też swój komputer, który co prawda dzielnie zniósł tamtejszy klimat, ale nagrzewał się niemiłosiernie. Wentylator zabierałam też czasem na zajęcia, bo odstraszał komary i nie gryzły w nogi. W ciepłe dni był stałym elementem wyposażenia pod moskitierą na górze piętrowego łóżka.

    Trzeba też się oswoić z egzotyczną fauną, chociażby bliskością jaszczurek -gekonów. Mnie po jakimś czasie wydały się nawet bardzo sympatyczne. Ba, jedna mała jaszczureczka pomieszkiwała sobie za moimi słownikami i wydając od czasu charakterystyczne dźwięki umilała mi naukę. Na pielgrzymki mrówek znalazłam sposób i pod materacem miałam rozsypaną kawę. Nauczyłam się też dokładnie dokręcać słoiki z żywnością. Nawet te w lodówce, bo jak się okazało wietnamskie mrówki dobrze czują się i funkcjonują również i tam!

    Akademik czy stancja?

    Jeśli akademik, to prawdopodobnie i tak pokój o podwyższonym standardzie. To znaczy, że mieszkają w nim maksymalnie 4 osoby (a nie 8 czy nawet 10!), każdy ma swoje biurko, jest lodówka, klimatyzacja, łazienka. Najczęściej kuchnie są wspólne na piętro, ale zagraniczni studenci rzadko z nich korzystają. Uczelnianie stołówki pracują prężnie i oferują w miarę urozmaicone menu w rozsądnej cenie.

    Wynajęcie mieszkania czy też pokoju to opcja na którą decyduję się studenci starszych kierunków, którzy poznali miasto i chcieliby mieć więcej swobody. Akademiki w Wietnamie mają dosyć ostry rygor jeśli chodzi o godziny odwiedzin i powrotów. Między innymi z tego powodu nie mogłam wziąć udziału w Pasterce w czasie Bożego Narodzenia, gdyż nie miałam gwarancji, że dostanę się do akademika. Dozorca zamykał bramę o 22, koniec kropka.

    Wynajmowanie wiąże się jednak z większymi kosztami. Jest się również odseparowanym od realiów życia studenckiego. A przecież w żywych interakcjach z innymi najlepiej ćwiczymy język i poznajemy kulturę.

     

    Pracujący student

    Jeśli ktoś szybko odnajduje się w realiach wietnamskich, może poszukać dodatkowego źródła dochodu. Najczęściej można dorobić udzielając korepetycji z angielskiego. Jest wiele szkół językowych, które chętnie podejmują współpracę z zagranicznymi studentami, można też ogłaszać się wśród potencjalnych klientów indywidualnych. Za godzinę konwersacji w „szkole językowej” możemy dostać średnio 300 000 dongów, a nawet więcej u zamożnego Klienta indywidualnego. Niestety taka działalność wiąże się z koniecznością poruszania się po mieście, także trzeba wziąć poprawkę na ewentualny koszt wynajmu skutera lub, xe om oraz nas czas na dojazd.

    Nie samą nauką…

    …student żyje! Jeśli studiuje się w Wietnamie to na pewno nie ominą nas takie atrakcje jak wypady na śpiewanie karaoke, kolacje (zwłaszcza tzw. gorący kociołek, czyli lẩu) zakupy na bazarkach. Jako, że taka okazja może się szybko nie trafić warto pozwiedzać kraj wszerz i wzdłuż – na ile czas i fundusze pozwolą. 


    Czy warto?

    Chociaż perspektywa studiowania w Wietnamie brzmi niezwykle egzotycznie i zachęcająco, zanim podejmie się decyzję  o wyjeździe,  pojawia się wiele wątpliwości. Taka podróż wiąże się przecież z długą rozłąką z najbliższymi, być może szokiem kulturowym i kulinarnym, koniecznością poradzenia się z kapryśnym klimatem. Ja mogę śmiało powiedzieć, że studia w Wietnamie to była przygoda życia! Zwiedziłam kawałek świata, poznałam prawdziwy Wietnam i ciekawych ludzi. Ten kraj szczodrze obdarowuje bogactwem swojej kultury – kto chwilę w nim pomieszka, na pewno odnajdzie w nim kawałek domu.

  • Wietnamski pacjent

    Wietnamski pacjent

    Wietnamczycy w Polsce przeważnie kojarzą się z małą gastronomią i handlem. Są to głównie przedstawiciele pierwszego pokolenia emigrantów. Ich dzieci kształcące się już w Polsce, wybierają inne ścieżki kariery niż ich rodzice. Coraz częściej możemy się spotkać z wietnamskim informatykiem, architektem czy lekarzem.

    Historia pracującej w Polsce lekarki, Wietnamki Thu Huong Dang, jest sentymentalną podróżą do korzeni. Dzięki zgodzie Pani Huong na opublikowanie tej historii na Ziarnku, wkorczycie w świat realiów wietnamskich pacjentów w Polsce.

    Artykuł w oryginalnej wersji pt. „Największy potencjał drzemie w różnicach – rzecz o wietnamskich pacjentach w Polsce” został zamieszczony na łamach kwartalnika „Problemy Higieny i Epidemiologii” 2012, 93(1)
    http://www.phie.pl/pdf/phe-2012/phe-2012-1-229.pdf

    Z Wietnamu do Polski

    Miałam 10 lat, kiedy przyjechałam na stałe do Polski. Byłam bardzo podekscytowana, że będę mieszkać w nowym kraju. Z małej miejscowości w północnym Wietnamie wyruszyliśmy z Tatą, Mamą i moim młodszym bratem w nieznane. No, może nie w takie nieznane, bo mój ojciec przyjechał do Polski w 1988 r. na studia doktoranckie w ramach umowy między państwami obozu socjalistycznego. Ojciec często pisał do nas listy, przesyłał pocztówki, czasami prezenty – dla mnie egzotyczne, tak jak rosyjska lalka – matrioszka, pachnące mydła, kolorowe gumki do włosów. Opowiadał dużo o Polsce i Polakach, o śniegu, o podróży samolotem. Prosiłam go o to, by nauczył mnie kilku zwrotów w tym języku. Budząc się rano często udawałam, że jeszcze śpię i mówię po polsku przez sen.

    Przyjazd do Polski był moim dziecięcym marzeniem. Polska w moich wyobrażeniach była bogatym krajem, z mnóstwem zabawek i kolorowych ładnych ubrań; a język polski był najpiękniejszy. Życie w Wietnamie było ciężkie, chociaż naszej rodzinie, w porównaniu z innymi, wiodło się nienajgorzej. Moja matka była nauczycielką z pensją i kartkami na żywność, które zapewniały nam życie na minimalnym poziomie. Matka wiele razy mówiła nam, że gdyby nie pomoc dziadka (jej ojca), to byśmy umarli z głodu. Prawda była okrutna: praktycznie co tydzień jeździła do dziadka po ryż, jajka, często też po leki.

    Mój dziadek znachor – obrazy z przeszłości

    Mój dziadek był w Wietnamie znanym znachorem. Słyszeli o nim nie tylko ludzie z okolicznych wsi, ale także przyjezdni z drugiego końca kraju. Praktykował chińską sztukę leczenia opartą na ziołolecznictwie. Jako mała dziewczynka zapamiętałam, że oprócz antybiotyków i witamin, tych przysyłanych przez ojca z Polski, istnieją tzw. „północne” leki dziadka i „południowe” – tzw. wietnamskie przygotowywane przez innych znachorów. W komunistycznym kraju funkcjonowały nieliczne apteki, ale nie wszystkich było stać na drogie leki.

    Dziadek przyjmował pacjentów bez przerwy. Jego dom zawsze kojarzyć mi się będzie z zapachem leków. Wciąż widzę jak na ganku i na podwórzu suszą się owoce, korzenie, skórki, ziarna, pestki – mnóstwo różnych kolorowych, pachnących ziół. W kuchni babcia gotowała w czajniku na jednym trójnogu leki, a na drugim suszyła je w wielkiej patelni. W oddzielnym pomieszczeniu dziadek przyjmował pacjentów, którzy po zdiagnozowaniu i przygotowaniu odpowiedniej dawki leków, zaleconych przez dziadka, z wdzięcznością przekazywali na jego ręce koszyk owoców, ryżu, jajek, czasem koguta, rzadko pieniądze.

    Lubiłam kręcić się obok dziadka podczas tych wizyt, bo często dostawałam od niego małą laskę cynamonu. Do dziś uwielbiam zapach cynamonu i ten jego cierpko słodki smak. Musiałam się jednak z tym kryć, bo mama twierdziła, że cynamon powoduje próchnicę zębów. Często podpatrywałam dziadka i to jak rozmawia z chorymi, jak przeprowadza wywiad, bada swoich pacjentów. Używał zwykle stetoskopu. To dziadek pierwszy raz pokazywał mi – kilkuletniej dziewczynce – jak działa stetoskop. To było niesamowite wrażenie, kiedy odkryłam, że serce tak głośno bije. Często bez wiedzy dziadka przykładałam membranę stetoskopu do swojej klatki piersiowej i wsłuchiwałam się w jego rytm. To wtedy nauczyłam się jak wyczuwać tętno na nadgarstku.

    Dziadek miał białą brodę i zęby farbowane na czarno, ponieważ żuł betel. To tradycja, odwieczna wietnamska tradycja, ułatwiająca nawiązywanie kontaktów międzyludzkich, szczególnie podczas ważnych uroczystości, jak zaślubiny, święto Nowego Roku, pogrzeb. Betel żuje cała Azja, a jego skład zależy od regionu i państwa. Betel to mieszanka orzechów arekowych, tytoniu, wapna palonego – zawiniętych w liść pieprzu betelowego. Żucie betelu powoduje, że po jakimś czasie zęby nierównomiernie ciemnieją, dlatego przed pierwszą konsumpcją większość żujących farbuje je dla uzyskania jednolitego koloru. Malowanie, czy barwienie zębów to nic innego jak czynność czysto estetyczna i wymagająca wielkiej wprawy. Nie każdy może barwić zęby na czarno. Ciekawa jestem, czy dziadek wiedział, że żucie betelu zwiększa 8- do 10-krotnie zapadalność na raka jamy ustnej?

    Wietnamski lekarz w Polsce pilnie potrzebny

    Swoją ścieżkę zawodową wybrałam zainspirowana powołaniem mojego dziadka. W Polsce skończyłam studia medyczne, zostałam lekarzem. Wybrałam medycynę rodzinną, dzięki temu mam kontakt z pacjentami w różnym wieku, z różnymi problemami zdrowotnymi. Moimi pacjentami są tak Polacy jak i Wietnamczycy.

    Bariera językowa i różnice kulturowe sprawiają jednak, że trudniej jest diagnozować i leczyć choroby u imigrantów. Co prawda w rozmowach z lekarzami pośredniczą tłumacze, ale i oni często sami mają trudności z językiem polskim.

    Dobrym przykładem obrazującym taką sytuację jest historia jednej z moich wietnamskich pacjentek. Przez parę lat chodziła w Polsce prywatnie do różnych specjalistów, diagnozowała się w kilku szpitalach i przechodziła wiele specjalistycznych badań. W końcu, mimo posiadanego w Polsce ubezpieczenia zdrowotnego, zdecydowała się na wyjazd do Wietnamu. Nasilające się objawy uniemożliwiały jej pracę. Lekarze w Wietnamie, po przeprowadzeniu z nią wywiadu, zdiagnozowali depresję Przyjęła leki antydepresyjne i „cudownie” wyzdrowiała.

    Wietnamski pacjent inaczej też rozmawia z lekarzem. Zarówno strach utrwalany wiele lat przez system totalitarny, jak i uwarunkowania kulturowe, powodują, że emigrant wietnamski nie mówi dużo o własnych przeżyciach i problemach, nie „wychyla się”. Takie zachowanie ma negatywny wpływ na relacje lekarz – pacjent. Podczas zbierania wywiadu  Wietnamczycy ograniczają się tylko do opisania najbardziej dokuczliwych problemów, przytakują, gdy lekarz daje zalecenia, zwykle nie zadaje dodatkowych pytań. Przeprowadzając wywiad zawsze dopytuję się: czy pan wszystko zrozumiał? Czy ma pan więcej pytań? Wtedy często uzyskuję dodatkowe informacje, które wpływają na moją decyzję leczniczą i pomagają mi bardziej precyzyjnie zdiagnozować problem.

    Leczą się sami

    Wietnamscy pacjenci leczą się ziołami. Znaczna grupa obywateli wietnamskich przebywających w Polsce nielegalnie nie ma możliwości ubezpieczenia się. Wizyta u lekarza jest odkładana, bo diagnostyka trwa wiele dni i nie stać ich na płacenie kosztów pobytu w szpitalu. Wtedy wracają do Wietnamu. Prawie wszyscy Wietnamczycy chcą umierać w kraju, otoczeni swoimi rodzinami.

    Niebezpieczeństwo jakie niesie z sobą ta praktyka jest takie, iż często uważają ziołowe leki za nieszkodliwe, nie mające skutków ubocznych. Często pytani przeze mnie, czy przyjmują jakieś leki, odpowiadają, że nie – nawet jeśli zażywają zioła, gdyż dla nich nie są to leki w medycznym znaczeniu. Staram się w swojej praktyce im uświadomić, że przyjmowanie niesprawdzonych i niezbadanych medykamentów jest dość ryzykowne. Poza tym nie wiadomo, czy składniki tych leków nie są już przeterminowane, nie mówiąc o ich odpowiednim przechowywaniu (np. nierzadko pakowane są w gazetę).

    Często pacjenci leczą się sami – domagają się przepisania leków, które pomogły ich znajomym. Niestety z różnym skutkiem. Dopiero w ostateczności, kiedy wszystkie polecone leki zostały zastosowane i nie przyniosły ulgi, Wietnamczycy zgłaszają się do lekarza. Nierzadko choroba okazuje się banalna i po konsultacji udaje się zastosować skuteczne leczenie. Bywają jednak przypadki, gdy chory zgłaszający się do lekarza znajduje się już w stanie terminalnym.

    Zupełnie inaczej wygląda sytuacja, gdy chodzi o leczenie dzieci. Mimo wysokich kosztów związanych ze szczepieniami, badaniami diagnostycznymi i konsultacjami, wietnamscy rodzice nie oszczędzają na swoich dzieciach. Dzieci są dla nich najcenniejszym skarbem. Co ciekawe, często w obecności rodziców mówię do moich małych wietnamskich pacjentów po polsku, bo w tym języku lepiej się wysławiają.

    Najważniejsze to pomagać

    Ze strony polskich lekarzy zdarzają się też przejawy ogromnej wyrozumiałości i chęci niesienia pomocy. Raz, będąca w ciąży pacjentka przebywająca nielegalnie w Polsce, skarżyła na bóle brzucha. Poszła do najbliższego szpitala, w rejestracji poinformowano ją i lekarza, że jako osoba nieubezpieczona musi zapłacić za wizytę. Niestety nie miała pieniędzy i powiedziała o tym badającemu ją lekarzowi. Pan doktor, mimo to przeprowadził badanie. Następnie  doradził jej, by wyszła tylnym wyjściem, a on powie, że uciekła. Tak też zrobiła. Następnego dnia ku jej wielkiemu zdziwieniu, doktor zatelefonował zapytać jak się czuje i poinformować, że w razie potrzeby może jeszcze raz do niego przyjechać na badanie.

    Niemniej, są też przypadki, gdzie lekarz z wietnamskimi korzeniami jest w stanie lepiej pomóc pacjentowi. Pracując jako lekarz na styku dwóch kultur, mogę bardziej im pomagać, bo lepiej ich rozumiem: zarówno tych polskich i tych wietnamskich. Moja praca lekarza rodzinnego daje mi wiele satysfakcji i jest dla mnie niezwykle inspirującym doświadczeniem. Choć może to zabrzmieć banalnie, noszę w sobie głębokie przekonanie, że największy potencjał człowieka drzemie w różnicach. Warto byśmy o tym pamiętali.

  • Małżeństwo w pięciu smakach

    Małżeństwo w pięciu smakach

    Przedstawiam drugi artykuł z serii „Synergia światów”, cyklu wywiadów z małżeństwami polsko-wietnamskimi. O tym co dla jej męża Wietnamczyka jest najważniejsze i dlaczego wietnamskie synowe mają gorzej od polskich, dowiesz się z rozmowy z Heleną.

    Jesteście małżeństwem już ponad 30 lat. Jak i gdzie się poznaliście?

    Był rok 1980, wracałam znad morza z moją mamą i bratową. Jechałyśmy w jednej kuszetce z „jakimś Azjatą”. Wtedy myślałam, że to jakiś Mongoł. A to był Luong, Wietnamczyk – jechał do Zakopanego. Odstąpił mojej mamie swoje wygodniejsze miejsce, a potem zachęcał mnie do spróbowania bardzo egzotycznej „wietnamskiej kanapki”. W końcu się skusiłam i… okazała się ona zwykłą bułką z kurczakiem. Potem przegadaliśmy całą podróż w przejściu na korytarzu.

    Ale podróż się skończyła. Wysiadłaś z pociągu na swojej stacji i co było dalej?

    Żadne z nas nie poprosiło o numer telefonu stacjonarnego, nie wymieniliśmy się też adresami. Ale ja nie mogłam przestać o nim myśleć. Obdzwoniłam więc wszystkie pensjonaty w Zakopanem, pytając czy nie zatrzymał się tam jakiś młody Wietnamczyk. I w końcu go znalazłam! Bardzo się zdziwił, ale chyba też ucieszył, bo wracając do Gdańska zrobił mi niespodziankę i zapukał wprost do moich drzwi. Nie spodziewałam się gości, było wczesny ranek, ja miałam mokre włosy zaraz po myciu i byłam bez makijażu. Mąż do dzisiaj żartuje, że jak mnie wtedy zobaczył to zastanawiał się czy nie uciekać.

     To wszystko brzmi bardzo romantycznie i zabawnie!

    Tak, ale nie brakowało też momentów dramatycznych. To były trudne czasy, zarówno dla naszego związku jak i ogólnie, w Polsce. On kończył studia w Gdańsku, ja mieszkałam na drugim końcu Polski. Rzadko się widywaliśmy, więc godzinami wisieliśmy na telefonie – nota bene, nie do końca legalnie, gdyż żadnego z nas nie byłoby na to stać. Korzystałam więc po kryjomu ze służbowego telefonu, ale wszyscy w biurze o tym wiedzieli i przymykali oko.

    Przyszłość naszego związku stała pod znakiem zapytania. Państwo wietnamskie zainwestowało w naukę Luong w Polsce, nie mógł on ot tak sobie zostać, bo się zakochał. Jego rodzinę w Wietnamie mogłyby spotkać z tego powodu represje. Najbardziej krytyczny był  moment, gdy myśleliśmy, że to koniec. Żegnaliśmy sie na dworcu. Luong wysłał już cały swój bagaż do Wietnamu, został z jedną walizką i przyjechał się pożegnać. Nigdy nie zapomnę tego uczucia, gdy stałam na peronie i patrzyłam w stronę odjeżdżającego pociągu, przekonana że już więcej się nie zobaczymy.

    Wyjechał?

    Na szczęście nie. Los przygotował dla nas inny scenariusz. Luong został w Polsce, wzięliśmy ślub, urodziły się nam dzieci.

    Jak pogodziliście dwie kultury w wychowaniu Waszych dzieci?

    Dzieci wychowaliśmy bardziej w kulturze i tradycji polskiej. Mąż nie ma w Polsce rodziny, z którą mógłby kultywować swoje ojczyste tradycje. Mimo to, na ile to było możliwe Luong zachowywał „wietnamskość” w naszej rodzinie.

    Mąż dzieciom śpiewał kołysanki po wietnamsku, świętowaliśmy wietnamski nowy rok, w naszym domu panuje prymat ryżu nad ziemniakami, na wszystkie ważne okazje na stole zawsze są sajgonki. Nasze dzieci znają wietnamskie obyczaje i myślę, że wartości jakimi się kierują to mieszanka polsko-wietnamska.

    Również podejście męża do wychowywania dzieci wynikało z jego pochodzeniem. Z jednej strony był powściągliwy w okazywaniu uczuć oraz bardzo wymagający jeśli chodzi o naukę. Z drugiej strony jednak, dzieci i rodzina zawsze były dla niego najważniejsze, zawsze był bardzo opiekuńczy.

    Miałaś okazję poznać rodzinę męża?

    Tak, gdy pierwszy raz wyjechaliśmy do Wietnamu w 1994 roku. Poznaliśmy całą rodzinę i potem przez miesiąc podróżowaliśmy z północy na południe. Niestety bariera językowa bardzo ograniczała kontakt. Mimo to pamiętam, że atmosfera była bardzo serdeczna i wszyscy bardzo ciepło nas przywitali.

    A jak odbierasz Wietnam?

    Turystycznie kraj mnie zachwycił, ale nie zdecydowałabym się tam zamieszkać na stałe. Wiem jaki jest klimat i byłoby mi bardzo ciężko się przyzwyczaić do upałów i wilgotności. Poza tym, nie bardzo odpowiada mi też to, jak wygląda życie codziennie. Wietnamska „kultura rodzinna” zakłada mniejszą przestrzeń osobistą. Często w jednym domu mieszkają 3 pokolenia. Myślę, że mogłoby mi brakować „świętego spokoju”.

    Nie pogodziłabym się z tym, że synowa musi być bardzo pokorna w stosunku do teściów, zwłaszcza do teściowej. W Wietnamie bardzo szanuje się rodziców swojego współmałżonka i zazwyczaj ustępuje się w różnych spornych kwestiach. Tam komunikacja jest bardziej bezpośrednia, niekiedy więc trzeba pokornie wysłuchiwać uszczypliwych uwag.

    Czyli w Wietnamie małżeństwo „smakuje inaczej”?

    W porównaniu do małżeństw polskich, wydaje mi się, że jedynymi różnicami są te, wynikające z hierarchiczności w relacjach. Poza tym jest bardzo podobnie. Stwierdzam to na podstawie obserwacji rodziny męża. Na przykład mówi się, że Azjatki są bardziej uległe, ale ja się z tym nie zgadzam. Wietnamki, jak wszystkie kobiety na całym świecie mają różne charaktery i usposobienia. Niejedna wietnamska żona potrafi podnieść głos i usadzić męża w kącie.

    A co takiego w wietnamskiej kulturze Ci się podoba?

    Bardzo podobały mi się biesiady rodzinne przy suto zastawionym stole. Zbiera się cała rodzina, nawet ta daleka. Takie imprezy odbywają się z reguły z okazji rocznicy śmierci członka rodziny, to bardzo ważne wydarzenie w wietnamskiej kulturze. W Polsce poza ślubem nie ma takiej okazji, przy której co roku w tak licznym gronie ludzie się spotykają i wspólnie biesiadują. Podoba mi się też, że wietnamskie rodziny są bardzo ze sobą zżyte i pomagają sobie wzajemnie. Dzieci szanują rodziców i opiekują się nimi do późnych lat starości. Starsze rodzeństwo zawsze „opiekuje się” młodszym, nawet jako dorośli ludzie wspierają się, gdy zachodzi taka potrzeba również finansowo. Takie mocne więzi pomagają w trudnych chwilach, a gdy jest wesoło to radość jest podwójna.

    Czy masz jakieś przesłanie dla innych Polek – żon Wietnamczyków?

    Kluczem do sukcesu w małżeństwie ogólnie, ale zwłaszcza w mieszanym, jest wzajemna tolerancja nawyków i przyzwyczajeń. Trzeba sobie uświadomić na samym początku, że nie da się na siłę zmieniać drugiej osoby i też „po ślubie” albo „z czasem” pewne rzeczy w zachowaniu tej drugiej osoby się i tak nie zmienią. Początki, jak w każdym małżeństwie są piękne i wspaniałe. Nie widzi się wad, jest się bardzo skłonnym do pójścia na kompromis po to tylko, żeby uszczęśliwić tę drugą osobę. Potem do głosu dochodzi nasze ego i różnice kulturowe zaczynają wysuwać się na pierwszy plan. Trzeba bardzo dużo rozmawiać i wypracowywać wspólne rozwiązania oraz pielęgnować uczucie, mimo przeciwności losu.

    Dziękuję za rozmowę!
  • Egzotyczne smaki wietnamskiej kuchni

    Egzotyczne smaki wietnamskiej kuchni

    Słynąca z wyrazistych, świeżych smaków i pomysłowo skomponowanych dań, wietnamska sztuka gotowania ewidentnie wyróżnia się wśród innych kuchni dalekiej Azji. Powszechnie uznawana przez ekspertów za jedną z najzdrowszych kuchni świata, wietnamska kuchnia jest doceniana za świeżość składników, bogactwo warzyw i owoców morza oraz znikome użycie oleju. Tak przynajmniej twierdzi Tomek Pakuła, który po raz kolejny gościnnie prezentuje na Ziarnku bardzo smaczny artykuł o smakach Wietnamu.

    Tradycja spożywania posiłków

    Jedzenie w Wietnamie jest niezwykle ważnym elementem kultury. Prosty zwrot na początku konwersacji „ăn cơm chưa?” (Czy już jadłeś?) który może być przez wielu cudzoziemców odebrany jako wścibstwo, w rzeczywistości jest to wietnamskie odpowiednikiem przyjacielskiego „Jak leci?” i jest swoistym wyrazem troski. Zarówno za przygotowywaniem posiłków jak i ich konsumpcją stoi wielusetletnia tradycja przekazywana wraz z przepisami z pokolenia na pokolenie. Wietnamczycy lubią się spotykać przy jedzeniu. Popularnym sposobem na wspólną biesiadę jest chiński hot pot, znany rzadziej jako chińskie fondue. Zebrani wokół gotującego się na wolnym ogniu kociołka z rosołem wieprzowym biesiadnicy wybierają osobno przygotowane składniki (wśród których najczęściej znajdziemy krewetki, cienko pokrojoną wołowinę lub wieprzowinę, małe ośmiorniczki, kalmary, małże, tofu, wybór zielonych warzyw, pomidora, ananasa) i kolejno je gotują. Element wspólnego gotowania jest odzwierciedleniem wietnamskiego poczucia społeczności i tradycji rodzinnych mocno zakorzenionych w wietnamskiej kulturze.

    Typowy rodzinny wietnamski obiad składa się z gotowanego na parze ryżu, zupy oraz 1-3 dań z mięsa, ryb lub owoców morza oraz dania wegetariańskiego wraz z dodatkowym talerzem świeżych warzyw i ziół. Wszystkiemu towarzyszy najczęściej sos rybny doprawiony świeżym czosnkiem i chili oraz sól z pieprzem skropiona obficie sokiem z limonki. Wszystkie potrawy są podawane we wspólnych półmiskach na środku stołu, skąd każdy członek rodziny sięga pałeczkami po kilka kęsów przenoszonych do swojej własnej miseczki. W czasie posiłku młodsi członkowie rodziny zawsze czekają na starszych, często nakładając im porcje ryżu do miseczek, jako wyraz stosownego szacunku.

    Na południu morze owoców morza

    Południe jest Mekką dla amatorów potraw z owoców morza. Znajdziemy w niej więcej wpływów tajskich i indyjskiego curry niż w pozostałych regionach Wietnamu. Południowi Wietnamczycy lubią dodawać do potraw mleko kokosowe i cukier trzcinowy, przez co wiele z nich nabiera charakterystycznego słodko-pikantnego charakteru.

    W centrum kraju kuchnia iście cesarska

    Centrum, to przede wszystkim kuchnia cesarska miasta Hue. Tradycja kuchni dla królów i królowych wymaga, aby typowy obiad składał się z niezliczonych dań w niewielkich porcjach. Z racji chłodniejszego niż na południu klimatu dania są tu bardziej treściwe i pikantne.

    Na północy prym wiedzie „rosołek”

    Północny Wietnam to ojczyzna phở – będącego jedną wizytówek wietnamskiej kuchni. Phở to rodzaj rosołu z makaronem ryżowym i mięsem wołowym (phở bò) lub drobiowym (phở gà), serwowany z aromatyczną azjatycką bazylią, kiełkami fasoli oraz doprawiane według uznania chili, limonką i marynowanym czosnkiem, podawanymi osobno. Dania północy są delikatniejsze, znajdziemy w nich więcej czarnego pieprzu w miejsce chili, a pośród menu – większy wybór różnorodnych zup.

    Świeżo i z harmonią

    Wietnamska kuchnia charakteryzuje się rozmaitością świeżych ziół: trawy cytrynowej, mięty, tajskiej bazylii i kolendry oraz częstym użyciem sosu rybnego (nước mắm), co odróżnia ją od kuchni chińskiej, z tradycji której często czerpie. Wpływy kuchni indyjskiej dotarły tu w XVII wieku przez Laos i Kambodżę. Pozostałością po kuchni kolonialnej są przywiezione przez Europejczyków pomidory, orzeszki ziemne, francuskie bagietki i pasztet. To prawdziwa kuchnia fusion łącząca w sobie także najlepsze tradycje kulinarne południowo-wschodniej Azji z wpływami kuchni indyjskiej i francuskiej.

    Odmiennie do kuchni zachodnich, gdzie łączenie składników służy stworzeniu jednego wyrazistego smaku (np. w sosach), wietnamska kuchnia hołduje zasadom yin i yang, a także idei pięciu smaków (słodkiego, słonego, gorzkiego, kwaśnego, i ostrego). Przygotowywane potrawy zaskakują bogactwem aromatów i tekstur ujawniających się stopniowo wraz z konsumpcją dania. Wielką uwagę zwraca się na właściwości składników wpływających na poczucie ciepła i orzeźwienia. Posiłki skomponowane według tych zasad gwarantują zrównoważoną i korzystny dla organizmu dietę.

    Po obiadku – kawa

    Co nas może jeszcze zaskoczyć w kuchni wietnamskiej? Kawa, która nie ma sobie równych. Podczas gdy w Europie ceni się przede wszystkim kawy jednogatunkowe, w Wietnamie znajdziemy niezrównane mieszanki, skomponowane z ziaren arabiki, robusty, excelesy i catimory o nieprawdopodobnie intensywnym bukiecie z aromatami czekolady i kakao, bez drażniącego posmaku kwaskowatości. Kawę serwuje się tu często na słodko – ze skondensowanym mlekiem (cà phê sữa) i nierzadko także z lodem (cà phê sữa đá), zaparzając je w metalowych naczynkach z sitkiem, które umieszczone na szczycie szklanki, pod wpływem grawitacji powoli uwalniają krople czarnego napoju.

    Owocowo mi

    Dopełnieniem egzotycznych smaków Wietnamu są owoce. Świeżo zerwane z drzew: banany, limonki, mango, choć mniejsze niż te, które znamy z hipermarketów, zaskakują soczystością i intensywnością smaku. Doriany, pitaje, liczi, marakuje, dżakfruty i inne tak mocno egzotyczne, że nie posiadające nawet polskiego czy angielskiego odpowiednika swojej nazwy owoce, u nas bardzo drogie, tam dostępne są na każdym targu.